kultura wysoka i niska, czyli o hipokryzji na etykietkach
24 wrzesień 2009Od kilku lat intensywnie studiuję studia kulturowe i ze zdumieniem przeczytałam tekst w Wyborczej “Czy kultura wysoka może być masowa?“. Nauczyłam się przez te lata, że kultura współczesna jest zwykła, a podziały na kulturę masową i wysoką, rodem z XIX-go wieku, są już passe. Służyły pewnym celom politycznym, potem przestały.
Niestety, nie u nas.
Zastanawiam się nad hipokryzją w takim wertykalnym ujęciu kultury. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kase. Czy w takim razie nie uczciwiej byłoby posługiwać się kategoriami: kultura komercyjna i niekomercyjna? I w tym kontekście ubiegać się o budżetowe dotacje do niekomercyjnych (choć z pewnością ciekawych) projektów kulturalnych, ale niekoniecznie wytaczać zmurszałe armaty kultury wysokiej, wartości uniwersalnych, tożsamości narodowych, religijnych, etc.?
o metaforze drożdży inaczej
3 wrzesień 2009“Kopernika, Szopena lub Mickiewicza ty wychwalać możesz… Bójże się Boga, przecie my Swoje wychwalać musiemy, bo nas zjedzą! Tu się ucieszył i mówi: – Otóż to dobrze mnie się powiedziało i Najwłaściwsze to dla mnie, jako Ministra, a tyż i dla ciebie, jako Pisarza.
Ale powiadam: – Bóg zapłać, nie, nie. Zapytał: – Jakże to? Nie chcesz wychwalać? Rzekłem: – Kiedy mnie wstydno. Krzyknie: – Jak to ci wstydno? Mówię: – Wstyd, bo swoje! ypnął, łypnął, łypnął! – Co się wstydzisz g…! – wrzasnął. – Jeśli Swojego nie będziesz chwalił, to kto ci pochwali? [...]
- No pamiętaj g…rzu, żeś tu przez Poselstwo jak należy uhonorowany został, a tera o to dbaj, żebyś nam wstydu przed ludźmi nie zrobił, bo my ciebie ludziom Cudzoziemcom jako Wielkiego G. Geniusza Gombrowicza pokażemy. Tego Propaganda wymaga i trzeba by widziano, że Naród nasz w geniuszów obfity. A co, pokażemy, Sroczko? – Pokażemy – powiedział Radca – pokażemy: g…rze to i na niczem się nie poznają. [...]
Tymże to chamskim szwurclem chciał JW. Poseł g… g… oczy ludziom Cudzoziemcom mydlić, słusznie uważając, że w Amerykanów owych łatwo swoje wmówi, a jeśli mnie się nisko kłaniać będzie, to ja jemu jak ciasto przed Ludźmi urosnę.”
Witold Gombrowicz, Trans-Atlantyk
hipokryzja w eksplanacji naukowej
31 sierpień 2009… przykład biografii.
“Według uproszczonego schematu przyłożonego do curriculum vitae Reymonta, kochał się on bardzo często w młodości (niejednokrotnie adorował równocześnie kilka kobiet), a gdy się już ‘wyszumiał’, ożenił się w roku 1902 z Aurelią z Szacsznajdrów Szabłowską i odtąd wiódł stateczny żyowt dosyć przykładnego małżonka. [...]
Żona Reymonta – jak stwierdzają jego przyjaciele oraz niektórzy krewni – nie dorastała do utalentowanego małżonka, chociaż znała dobrze język francuski (tu Reymont nie był mocny…) i starała się o jak najlepszą prezentację towarzyską. Świadectwo Orzeszkowej [...] jest dla Aurelii Reymontowej niekorzystne. Na podobne opinie natrafiamy także gdzie indziej – mogłoby to stanowić pewnego rodzaju usprawiedliwienie dla pisarza, gdy nadal starał się bardzo żywo interesować innymi kobietami.”
Tomasz Jodełka-Burzecki, “Wstęp” do: W.S. Reymont, Miłość i katastrofa. Listy do Wandy Szczukowej (1978).
Trywialny, choć ciągle żywy przykład, jak “naukowo” wytłumaczyć podwójną moralność geniusza literatury narodowej (= geniusza narodowego), który miewa nieromantyczne a całkiem burżyjskie słabości: Chudy literat żeni się z kobietą z pieniędzmi, która dba o jego dom i wygląd. Ale przy tym nie jest ani muzą, ani towarzyszką intelektualną… Proste pytanie: a może Reymont nie chciał inteligentnej kobiety, ale właśnie kuferek z pieniędzmi i gospodynię domową z dobrym francuskim, na której tle mógłby błyszczeć, i która tolerowałaby jego skoki w bok? Ale to pytanie jakoś nie przystoi… Przystoi inny schemat: oto kolejny geniusz – ofiara mezaliansu ducha, która *musi* szukać cielesnego pocieszenia w ramionach kochanek…
Wg autora, Reymont zresztą szumiał nawet ze swoją nieadekwatną żoną przed ślubem:
“W kręgu rodzinnym wiedziano o ścisłym związku Reymonta z Aurelią Szacsznajder-Szabłowską. Starsza siostra zapewne ponaglała go do małżeństwa, uważając, że ten wolny związek wpływa niekorzystnie na jego zdrowie (sic!) i na inne ważne sprawy życiowe.”
I to z pewnością z chęci oszczędzania zdrowia wielki pisarz, zdaniem historyka literatury, utrzymuje w tajemnocy sekrety swego życia prywatnego. A może przez artystyczną delikatność?
“”Wanda Szczukowa [nowa kochanka] nie wiedziała, że od kilku lat łączył Reymonta bardzo ścisły związek z inną byłą żoną – Aurelią Szabłowską.” Tą, którą poślubi ze względu a zdrowie…
I ta komedia to drobiazg. Wypis na marginesie. Ale bawi, że w dekady po Boy takie kwiatki wiecznie żywe i kwitnące. Nawet dzisiaj.
co łączy Agnoldice z Anną Dobrską… czyli rozważania nad garnkiem
21 sierpień 2009„[…] wydaje się, że głównym polem zainteresowań feministek jest dająca się zauważyć wielowiekowa oraz właściwie niezależna od położenia geograficznego niezmienność zarzutów oraz ograniczeń (choćby prawnych) stosowanych w przypadku wykształconych kobiet, albowiem daje się wskazać analogię między starożytną lekarką Angodike a pierwszą polską wykształconą lekarką Anną Dobrską, która po zdobyciu dyplomu na studiach medycznych w Szwajcarii wróciła do kraju, gdzie nie udało jej się założyć praktyki.“
Intelektualna ekwilibrystyka rodzimej interpretacji feministycznej. I z tego będą uczyć się studenci… Miej nas w opiece Wielka Bogini…
***
“Feministki dehierarhizują zakresy tematyczne w obrębie dziejów nauki, upominając się o obszary związane z ‘długim trwaniem’, zapełniając białe karty historii patriarchalnej, a także przypisując dużą wartość wydarzeniom istotnym, czyli z ich perspektywy tym, które wspierają codzienną egzystencję, odbarzając statusem odkryć naukowych także te dokonywane nad garnkiem.”
***
“Frevert twierdzi, że płeć powinna zostać uznana za pojęcie-klucz w historiografii.”
Wow. A ja myślałam, że to Joan Scott…
***
“Pilność osób studiujących w jakimkolwiek zakresie gender studies wymuszona jest więc poniekąd nieprzychylnością pozostałych członków akademii, a kwestia feminizmu budzi zbyt wiele emocji, by móc pozwolić sobie na zbyt banalne konkluzje.”
Go figure…
Wyd. Poznańskie, 2008
K. Dunin i in vitro, czyli dialogi bioetyczne
29 lipiec 2009Zmieniłam zdanie. Zrobię Wam oddzielną stronę, a nie post.
Powstanie Warszawskie – o lękach, estetyce i polityce
29 lipiec 2009Tekst Krzysztofa Vargi Od “Kanału” do “Hardcoru” o tym, jak popkultura zawłaszcza Powstanie Warszawskie. Krzysztof Varga ma ambiwalentne uczucia. Też miewam, kiedy widzę kicz. Tyle, że filmu Tomasza Bagińskiego jeszcze nie ma. Być może to będzie kicz, tak jak “Tytus, Romek i Atomek w Powstaniu…” – zdaniem Vargi. A być może nie.
Zastanawiam się natomiast, o co Vardze chodzi? Czy o poziom artystyczny wypowiedzi o Powstaniu? Jeśli tak, to wtedy niepokoiłoby go przesunięcie tematu powstania z tzw. kultury wysokiej do tzw. kultury niskiej (Wajda a Bagiński). Ale czy robienie takich rozróżnień w dzisiejszych czasach ma sens? Przekonują mnie Ci badacze kultury, którzy mówią, że nie.
Czy chodzi Vardze o trywializowanie świętości narodowej? Jeśli tak, to o to, kto ma prawo do celebrowania narodowego zrywu i o nim pamięci. Jeśli tak, to o kwestię polityki kulturalnej. I tego, kto i w jaki sposób powinien stać na jej straży, mieć w pieczy, etc. Czyli: kontrolować.
Rozumiem niepokoje Vargi. Ale jestem przekonana, że potrafiłby swoje obawy wyrazić w jaśniejszy sposób.Tyle, że nie chce. Gdyby zechciał, to pewnie sam by sobie odpowiedział na własne ambiwalencje. Pewnie zresztą tę odpowiedź zna, a napisał kawałek z intencją “prowokowania myśli”. No i sprowokował…
Sprowokował do zastanowienia, czy tak bardzo powinniśmy się obawiać tego, że nam popkultura zawłaszczy świętości narodowe,czytaj: zrzuci je z ołtarza, zdesakralizuje? Ale nie chcę wchodzić w te jałowe dywagacje nad kulturą pop i wysoką.
W zaawansowanym kapitalizmie przeszłość, i pamięć, i historia, i dziedzictwo narodowe stały się przedmiotami wymiany handlowej: jeśli jest nabywca, to jest i towar. [*nie piszę, że: w postmodernizmie, bo ten termin tak się u nas strywializował, że zwykle nie wiadomo o czym się pisze, gdy się go używa.] Ta sama komercjalizacja spotkała także religię, jeśli już w kategoriach sacrum… I nie będę tu przywoływać teorii, ale przykłady z życia: wystarczy policzyć rozmaite stowarzyszenia, fundacje, instytucje kulturowe, które zacięcie walczą o tzw. środki na realizację programów kulturowo-oświatowych, które deklaruję opiekę nad dziedzictwem, wdrażanie do wartości obywatelskich, patriotycznych i innych. Są na to granty, fundusze, dotacje. Z instytucji lokalnych, państwowych, unijnych, wszechświatowych. Zwykły mechanizm rynkowy. I ideologiczny. Walczyliśmy o demokrację i kapitalizm. To mamy. Kultura to biznes. Niby się zgadzamy, bo kapitalizm/demokracja. A niby jednak nie…
A żeby było jeszcze bardziej ambiwalentnie: i wysokie “upopowienie” pamięci o Powstaniu, i trywializacja religijnego sacrum to kulturowy spadek po PRL-u…
Ale jest też inna warstwa obaw Vargi. Coś, co majaczy pod jego podziwem dla patriotyzmu kibiców Legii i chłopców, którzy noszą koszulki z Powstaniem Warszawskim, lub niewidzialnej ręki, która pisze na murach, że “Pamiętamy 1944″. Varga pisze, że “Wzrusza mnie to, przejmuje, ale też jakoś niepokoi.” Ale nie pisze, dlaczego. Choć wie.
Wie, bo rozumie (jestem pewna) jak łatwo w retoryce i estetyce powstańczej przejść od pamięci o powstaniu do jego pastiszu. Zamienić hasło “Pamiętamy 1944″ na “Pomścimy 1944″. A to już zupełnie zmienia postać rzeczy. Pamięć o Powstaniu, niewypowiedzianym zdaniem Vargi, powinna pozostać święta, adorowana, celebrowana, ale… po ‘katolicku’, to znaczy: pod kontrolą elit, odsunięta ‘od ludu’. Mediowana, bo ‘lud’ może ją opacznie zrozumieć, opacznie zinterpretować. Wreszcie – opacznie użyć. Można sobie bowiem wyobrazić, że pamięć o Powstaniu posłuży jako ideologia agresji, rewanżu, kryminału nienawiści. Jednak z drugiej strony, czy można kryminalizować patriotów, którzy czczą Powstanie?
Jestem pewna, że Vargę wzruszają, a jednocześnie niepokoją zajęcia dla przedszkolaków w salce Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie pięcio- i sześciolatki rzucają z barykad koktajle Mołotowa na “Niemców” i rysują ucieczki kanałami. Tak samo i mnie. Bo ten nacjonalistyczny imprinting, choć kontrolowany, zdaje się bardzo niebezpieczny. Uczenie przez doświadczenie. Przez traumatyzowanie. Niekontrolowane efekty takiego wdrukowania… mogą wybuchnąć, jak ten koktail Mołotowa, który przedszkolaki rzucają w Niemców. Bo dla wyrośniętego przedszkolaka nauczonego bronić swojego domu butelkami z benzyną, ‘Niemiec’ bywa chyba dość pojemną kategorią…
I raczej tego się pewnie Varga obawia, a zawłaszczenie Powstania przez pop-kulturę to taka metonimia. Bowiem jedno zawłaszczenie Vardze się podoba (Wajda/Lao Che), a inne nie… Obawia się tego, że politycznie ‘niepewni’ zawłaszczą tę pamięć do swego, na sposób radykalny pojętego patriotyzmu. Jego niepokój wynika więc ze zbytniej demokratyzacji pamięci o powstaniu, która może wymknąć się spod politycznej kontroli, i w ten sposób się ‘wypaczyć’. A więc kwestia jest polityczna, a nie estetyczna. Kto powinien stać na straży pamięci o Powstaniu? Uświadomione elity, oczywiście. A to z znowu niezbyt demokratyczne hasło, choć bliskie pewnym elitom. Jasne, że zawsze można powiedzieć, żeśmy, jako naród, jeszcze nie dojrzeli, że potrzebujemy świeckiego, inteligenckiego duszpasterza… A wszak ‘niedojrzali’ jesteśmy od zawsze.
Osobiście jestem bardzo ciekawa, jak długo potrwa to zainteresowanie Powstaniem Warszawskim w kulturowej pop-pamięci. I co się ostatecznie stanie z tą pamięcią made in 1990s i 2000s. Bo historii się nie zmieni: co się stało, to się nie odstanie. Ale znając nasze gusta, będziemy deliberować nad tym, czy trzeba było, czy nie, aż do końca świata. Jałowo, lecz z pasją. Wyda się setki nowych książek, nakręci filmy, przeprowadzi wywiady, wypromuje doktorów, zada miliony prac domowych i klasówek na ten temat. A temat wyczerpie się sam pewnie z czasem. Niewielu się bowiem dzisiaj zastanawia, czy Dymitriady miały sens. Choć może powinni?
profesorzy, kryminaliści i złe matki
25 lipiec 2009Sprawa harvardzkiego profesora Henry Loius Gates’a Jr. Jak piszą gazety, i mają rację, jednego z najsłynniejszych historyków afro-amerykańskich i Afro-Ameryki. Gates to intelektualna elita tego kraju. Ale jak się okazało w ostatnich dniach – nie tak zupełnie do końca…
Czytając newsy o tym, że Gates nawciskał policjantowi, że został aresztowany, że Harvard zareagował, oczekiwałam listów protestacyjnych środowisk akademickich, ale nie przypuszczałam, że wyjdzie z tego większa afera. O co chodzi?
Po powrocie z podróży biznesowej do swojej rezydencji w Cambridge, Mass., Gates zastał wyłamane drzwi. Zdenerwował się, jak pewnie każdy w takiej sytuacji. Wezwany patrol policji zaczął go legitymować, bo miał podejrzenia, że sam właściciel jest włamywaczem. Czy czarny mężczyzna może być właścicielem *takiego* domu? Rutynowe działanie policji doprowadziło Gates’a do wściekłości. Doprowadziłoby wielu w podobnych okolicznościach. Co oczywiście nie jest ani usprawiedliwieniem, ani wytłumaczeniem. Gates napyskował policjantowi, zarzucając mu rasizm. Policjant aresztował go za stwarzanie problemów proceduralnych. Gates trafił do aresztu i zrobili mu kartotekę. Po czym wypuścili – w wyniku interwencji władz uniwersytetu. Wyszedł skandal. I choć wycofano zarzuty przeciw Gates’owi, ten zażądał przeprosin od policjanta. Policjant odmówił, a policyjne związki zawodowe go poparły.
Dwa dni temu prezydent Obama skomentował akcję policji przeciwko Gates’owi, jak “głupią”. Pierwsza medialna pomyłka Obamy. Wycofał się z tego. Wyszło głupio.
Gates’owi z pewnością puściły nerwy. Ale czy przesadził zarzucając policjantowi, że ten nie wierzy jego słowu, bo jest “czarnym w Ameryce”? Wywiady z innymi afro-amerykańskimi uczonymi potwierdzają, że wielu spośród nich miało podobne problemy. Komentatorzy podkreślają, że choć Gates’a poniosło, to jednak powszechna praktyka rasowej charakterystki obywateli nie tylko utwierdza stereotypy, ale przekłada je na normy proceduralne np. w praktykach policyjnych. Faktem jest, że trudno sobie wyobrazić policjanta wypytującego *białego* 50-latka na progu jego rezydencji, czy to aby napewno jego dom… To się rozumie samo przez się. Ci, którzy wpisują w rubrykę rasa: “Caucasian”, zwykle nie mają takiego problemu. [* Nie zapomnę, jak pierwsze razy musiałam wpisać swoją rasę w formularze. Nie spodziewałam się takiego pytania. To był odruch. Po prostu nie wiedziałam, co wpisać, choć teoretycznie wiedziałam. Spojrzałam na urzędniczkę i zaptałam ją:" - To co mam tu zaznaczyć?" Czym ją głęboko zażenowałam. "Caucasian" - odpowiedziała." - Albo nie wpisuj nic."].
Nie będę pisać o tym, w jaki sposób – nadal – wprowadzenie się czarnej rodziny na jakieś “lepsze” osiedle zaniża wartości posesji jej sąsiadów, bo to z grubsza biorąc wiadomo. Może dlatego sierżant nie zrozumiał? Z drugiej strony procedury są, jakie są, i Gates zrobił głupio, że nie podał policjantowi prawa jazdy. Bez nerwowego komentarza. Pewnie powinien był przemilczeć. Nie przemilczał. Trafił do aresztu. Bo prawo jest prawem.
Inny aspekt tej sprawy, to problematyczność stosunku “normalnych obywateli” do elit intelektualnych. “Normalni obywatele” podziwiają elity finansowe, bowiem bogactwo jest miarą sukcesu. Jasne. [* choć w świetle aktualnego kryzysu i to się radykalnie zmienia.] Natomiast z tzw. elitą intelektualną są problemy. Nie chcę tu powtarzać stereotypu, że Amerykanie są anty-intelektualni. Z perspektywy miar i wag europejskiego społecznego prestiżu – z pewnością tak. W Polsce profesor akademicki to nadal jedna z profesji otaczanych największym szacunkiem społecznym (i Bóg mi świadkiem, zupełnie nie rozumiem dlaczego). Uczeni w Stanach pracują znacznie ciężej i intelektualnie bardziej twórczo, niż ich koledzy w innych krajach, nie wyłączając Polski, lecz tak wysokiego prestiżu się nie dosłużyli. Dlaczego? Być może ze względu na ideologię równościową, która przytępia autorytet eksperta, jeśli jego/jej ekspertyza nie ma bezpośredniej wartości utylitarnej? [*Ta bezpośredenia wartość jest także jakże względna... Polski podatnik bez szemrania co roku funduje badania i wydania intelektualnych gniotów na tematy tak abstrakcyjne, że czasami szczęka opada... Tu nawet humanistyka stara się być utlitarna, jeśli chce być konkurencyjna. Ale to już różnica kulturowa - i różnica w polityce wydawania publicznych pieniędzy.] Być może ze względu na to, że w społeczeństwie amerykańskim (protestanckim i multikulturowym) podejrzliwie patrzy się na wszelkiego rodzaju arystokrację – także i tę “duchową”? I, przyznaję, że jest w tym jakiś sens. Ale są też efekty uboczne, niezbyt miłe właśnie dla tej intelektuanych środowisk.
Bo bywa w takim podejściu także sporo zwykłego resentymentu. Kilka dni przed sprawą Gates’a czytałam artykuł o sprawie sądowej wytoczonej profesorce literatury angielskiej bodajże w Montanie, matce trojga dzieci, za to, że zaniedbała swoje obowiązki rodzicielskie, pozostawiając grupę dzieci w domu handlowym tylko pod opieką 12-latki i z telefonem komórkowym. Komentarz autorki artykułu nie dotyczył tego, czy zaniedbano, czy też nie, obowiązki opieki nad dziećmi, ale w jaki sposób policja i sędzina zareagowali na fakt, że *matka* jest *profesorką uniwersytecką*. A zareagowali bardzo nieładnie, łącznie z kwestionowaniem autorytetu matki przed dziećmi, właśnie ze względu na jej profesję – myśli, że jest taka mądra, a zachowuje się patologicznie wobec własnych dzieci. I trzeba jej to udowodnić… i zmusić do publicznego wyznania winy – tak, jestem złą matką…
Czy sprawa Gates’a będzie miała głębsze konsekwencje, czas pokaże. Gates’a poniosło. Nie poniosło matki-profesorki z Montany, która podczas przesłuchań i w sądzie nie odzywała się – mądrze – ani słowem, zostawiając to swojemu adwokatowi. Pozostaje pytanie o granice milczenia i o granice wiktymizacji.
Opublikował/a blogali
Opublikował/a blogali
Opublikował/a blogali