pijawki za 4 tys.
10 maj 2008… To kiedy anestezjolodzy zaczną młotkiem znieczulać…? To tylko siniaka kosztuje, a nie truje organizmu…
… To kiedy anestezjolodzy zaczną młotkiem znieczulać…? To tylko siniaka kosztuje, a nie truje organizmu…
Elia Kazan, On the Waterfront (1954). Marlon Brando i Rod Steiger. Classic.
Przeczytałam jednocześnie Śmierć w Breslau Krajowskiego, analizy Murów Hebornu i Białego kruka Stasiuka z punktu widzenia teorii queer (fascynujące!) [wpis uaktualniony - teraz wszyscy to mogą przeczytać: Homo niewiadomo Błażeja Warkockiego] i do tego, znowu, Świat bez kobiet Graff. I efekt z tego taki, że straciłam apetyt, bo błąkają mi się w pamięci jakieś wybebeszone flaki niewinnych dziewic ofiarnych z pełzającymi po tych flakach skorpionami, syfilityczne dziwki i sadyści, w przekładańcu z różnymi rodzajami kiełbas, które pożerają bohaterowie Krajewskiego. To wszystko zanużone w jakiejś delirycznej wizji kurewstwa wszechobecnego - nawet czasem kurewstwa uszlachetnionego. Do tego jeszcze u Stasiuka fascynacja i wyparte (czy aby do końca?) pożądanie Mężczyzny. I do tego jeszcze Graff mi tłumaczy, że po 1989 roku to mamy regularną wojnę płci, czego dowodem nasycenia języka współczesnej tzw. wysokiej kultury wulgaryzmami seksualnymi. Nie żeby mnie zaskoczyła – zupełnie się z nią zgadzam.
I tylko zastanawiam się nad jednym: czy Krajewski naprawdę zasłużył na Paszport Polityki? Nie żebym miała zbyt zmanierowany gust (kurwa, kurwa - doceniam bogactwo semantyki współczesnej polszczyzny, współczesne elity dumnie obnoszą się ze swoim kapitałem kulturowym, któy teraz nie tyle wyłazi z butów, co z ust; i ich prawo, a nasza radośnie kultywowana nowa norma kulturowa), ale… czy to już czasem nie jest nude, tak nudne, że ciągnie na wymioty?
Prawdziwi mężczyźni obwąchują się na formu, a prawdziwe kobiety w prywatności leżą i pachną (chyba, że już mają syfilis).
(arch.)
I ja byłam ostatnio na konferencji. I opowiem anegdotę. Otóż tracę cierpliwość.
Konferencja międzynarodowa. Bankiet. Znany krytyk, profesor, członek redakcji, redaktor czasopism. Zamszowa marynarka, noszona z wystudiowaną nonszalancją. Jeansy. Dobre buty. Grzywa zaczesanych włosów. Nieodzowne okulary. Wiek średni. Uśmiech czarujący. Klasyka.
Rozmowa. Pytam. Słucham. Uśmiecham się, a jakże. W końcu mam tę kompetencję kulturową. Własna kultura w końcu. To się uśmiecham i słucham. Ach taaaak… No proszę… Doprawdy…? Po chwili czuję, że się męczę i zaczynam się zastanawiać dlaczego. Po trzech minutach już wiem – no przecież tylko ja zadaję pytania… No tak. A może mi się tylko wydaje? Postanawiam sprawdzić. Kończy się wątek, który tak jak poprzednie, może i mnie trochę interesował, ale odpowiedzi zupełnie nie. Więc przestaję pytać. Zapada milczenie. Ciężkie. Cięższe. Coraz cięższe. Jakieś półtorej minuty. Dama przestała być damą… Musi, pomylił się… Przestałam się interesować i rozmowa ze mną przestała być interesująca. Więc trzeba się wykręcić od tej nieinteresującej rozmowy. Z pomocą przyszedł bufet.
Otóż dowiedziałam się o…, i o…, i nawet o… Na temat tego, czym ja się zajmuję nie padło ani jedno pytanie. Po co? Czy to ważne?
Różnica kulturowa. M. zupełnie tego nie trawi w przypadku znakomitej większości naszych polskich znajomych mężczyzn-naukowców. Kobiety pytają. Mężczyźni nie. Taka obserwacja antropologiczna. Przy towarzyskiej okazji każdy peroruje – nazwijmy rzecz po imieniu – o swoich nudnych badaniach. Ale nikt nie pyta w drugą stronę. Dlatego to nie rozmowa, a co najwyżej wymiana poglądów, zwyke mało interesująca dla obu stron, bo każdego inteersują przede wszystkim własne poglądy. Wymiana monologów.
Słuchania nudnych tyrad ma co najwyżej walor antropologiczny. M. nazywa to brakiem manier towarzyskich i bufonadą tych panów. Ja ich nawet wcześniej broniłam, ale przestałam. M. ma rację. A ja, w imię wyobrażonej wspólnoty z bufonami, z którymi mam ten traf dzielić dzielić tę samą kulturę, nie mam siły udowadniać, że białe jest czarne.
I tracę cierpliwość do polskich manier w stosunku do płci pięknej. Odwykłam. I nie chodzi o to, że uważam pocałunek w rękę za niehigieniczny, że obejdę się bez podsuwania mi krzesła pod pupę i że nie trzeba przede mną otwierać drzwi, bo nie mam paraliżu rąk. Nie chodzi o formę. Chodzi o treść i konsekwencje tego aktu dobrych manier. Polska szarmanckość momentalnie ustawia hierarchię płci - albo dziobania, to w końcu to samo. Traktowanie kobiety, jako kobiety właśnie, wymaga by kobieta zachowywała się jak kulturalna kobieta, no więc się trzeba zachowywać - ach… doprawdy… a znasz to? ciekawa jestem, co o tym sądzisz? To wiktorianie uważali, że wykształcenie jest nieodzowne dla kobiet z klasy średniej, bowiem w ten sposób staną się dla swych mężów odpowiednimi interlokutorkami, mężowie nie będą się nudzić i ulegać pokusom półświatka. Bo kobiety będą zadawać inteligentne pytania na inteligente tematy…
Amerykański profesor nie całuje w rękę, ale rozmawia o meritum. Zadaje pytania. Chce się dowiedzieć. Nie rzuca w przerwach zupełnie kurtuazyjnych lecz powłóczystych spojrzeń i nie rozrywa swojej rozmówczyni bardziej czy mniej zawoalowanymi żarcikami o erotycznym podtekście. Nie przypomina kobiecie-uczonej, że ta jest przede wszystkim - kobietą. Nie popisuje się swoją erudycją, stosunkami, etc. przed kimś, kogo to niewiele obchodzi, lub - znacznie częściej, kto tę erudycję i osiągnięcia zna. Profesor polski czeka na pretekst to perory na własny temat, a gdy stworzy mu się do tego okazję poznaje się albo geniusza wcielonego (we własnym mniemaniu), albo bliskiego przyjaciela i współpracownika jakichś innych wcielonych geniuszy. No więc żeby być kulturalnym, zadaje się jakieś otwarte pytanie – i zasypia z błogim uśmiechem na ustach. A owyż jest bardzo zadowolony, bo ma okazję do monologu… W ten sposób jest się damą, a przynajmniej dobrze wychowaną kobietą. Dba się o to, by mężczyzna się dobrze bawił. By się dobrze czuł. A to się zdarza, gdy on się znajduje w centrum uwagi. Bo tak go nauczono. Taka norma kulturowa. Zupełnie jak w XIX-tym wieku.
Tak jak pewiem bardzo znany intelektualista, jakiś czas temu. M. zadał mu dwa, otwarte, bardzo ciekawe pytania. Wcześniej je ułożyliśmy. Dla jaj. Prof. gadał przez półtorej godziny. Nikt mu nie przerywał. I specjalnie nikt go też nie słuchał. Po trzech godzinach nasz gość nas pożegnał, absolutnie uszczęśliwiony, że tacy jesteśmy inni, niż tutejsi, że tak się świetnie bawił, że tacy jesteśmy otwarcy. Musi mój mąż jest spolonizowany. Chwała mi za to. Pozmywaliśmy. Cała przyjemność.
Egzażerujesz Krystynie, chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz.
(Mniszkówna, dla rozwiania wątpliwości…)
A to nieoczekiwanie cytat miesiąca.
“Z postkolonializmem jest po troche tak, jak z feminizmem, z którym go, nawiasem mówiąc, sposo łączy. Pozbawiona ideologicznego ostrza, stosowana z umiarem i ostrożnie krytyka postkolonialna pozwala lepiej, dokładniej sprecyzować niektóre przynajmniej zagadnienia oraz sformułować pytania dotychczasowe nie stawiane.” Aleksander Fiut
Byle z umiarem, na tępo. To jest metoda obiektywna. Kulturalnie stawiane pytania… Nie tam takie beeee… O władzę i przemoc. Ale takie, co to damie przystoją i gentelmenowi. Voila.
Obejrzałam sobie wczoraj na youtube wywiady Kuby Wojewódzkiego z Kazią Szczuką i Dodą (wersja z Radziem i bez Radzia). I tak mi się nasunęło.
Kazia grzecznie i miło wytłumaczyła Wojewódzkiemu i publice, że feministkom chodzi o władzę. Doda pokazała Wojewódzkiemu i publice, co to znaczy władza kobiety (w wersji live). Kazia uzbrojona w inteligencję własną i teorię feministyczną; Doda - w inteligencję podwórkową i własne ciało. Kazia tłumaczyła, że jako feministka popiera zarabianie przez kobiety własnym ciałem (nie ma nic przeciwko pornografii, bo seks to władza). Doda dała pokaz, w jaki sposób agresywna seksualność to skuteczna broń kobieca. Kazia powiedziała, że radykalizm to jedyny sposób dla feministek, żeby zwiększyć własną oglądalność i skutecznie walczyć o władzę. Doda pokazała, ile można osiągnąć publiczną chamską pyskówką (z cyckami na wierzchu lub Radziem u boku), bo oglądalność = kasa = władza. Kazi w programie udało się poniżyć Madzię Buczek. Doda naubliżała Wojewódzkiemu prosto w oczy, w stylu wolnym straganiarskim. Kazia pokazała się jako feministyczny głos kolektywny (z moherowych beretów się nie śmiać, bo to wykorzystywane i nieświadome kobiety są). Doda mówiła własnym głosem i tylko za siebie, bez winy i wstydu, w całej swojej narcystycznej glorii i pokazała, że to wystarczy, żeby rządzić. Wreszcie Kazia, pomimo feministycznych aspiracji do patronowania uciśnionym kobietom, okazała się niekonsekwentna i nieszczera deklarując, że z zasady nie wyśmiewamy się z manipulowanych moherów, po czym wyśmiała Madzię Buczek. Doda pokazała szczerość do bólu, sponiewierała Wojewódzkiego za to, że ją obgadał i odgroziła się całemu światu, że zbluzga każdego, kto jej nie uszanuje. Ale nikogo - poza gospodarzem - nie obraziła.
Doda na idolkę polskiego feminizmu? Czemu nie? Zarabia ciałem i mówi własnym głosem. I nie wstydzi się (chyba niczego). Jest radykalna i wyzywająca. Nie boi się konfrontacji, bo skutecznie wali facetów (i kobiety) po jajach i kastruje sexappealem. Praktykuje władzę seksu w wersji pop. Jest szczera do bólu i nie potrzebuje ani teorii, ani uciśnionych grup, żeby wywalczyć dla siebie władzę. A na dodatek nie używa jakichś importów językowych, ani nie jest panienką z elit, ale własną, przaśną Dodą z Ciechanowa, która mówi tak, że miliony rodaków w lot łapią o co jej chodzi. Doda nie potrzebuje używać dyskursów Foucault ani Butler, żeby zdominować chłopa – ona na niego pyszczy w naszym narodowym stylu domowo-podwórkowym. Doda nie ma schizy płciowej; jest jednowymiarową kobietą stuprocentową. I dzięki temu wszystkiemu Doda klika z masowym odbiorcą w skali, o jakiej rzeczniczki władzy dla kobiet mogą tylko pomarzyć. Hiper kobiecość made in Poland. Ikona polskiej wyzwolonej kobiecości. I żeby było zupełnie jasne - to bardzo inteligentna kobieta, która wie, że image znaczy wszystko, więc ten image bardzo konsekwentnie buduje. Doda, jako jako projekt medialny. I tyle.
Dużo pracy. Mało czasu. Czyli norma. Dlatego nic nie piszę. Ale:
Znalazłam chwilę temu. Szczerze mówiąc nie bardzo wiem, co o tym myśleć. Domyślam się tylko, co myśleć powinnam. Jestem zdumiona, choć zdumienie to tutaj nienajlepsze określenie. Być może pomożecie mi w przemyśleniu tego pojektu. Impreza trwa już siedem lat, czyli bardzo długo. Trwa. I ma się dobrze.
“Hej, hej.. bikerzy…”. Tak. Pod sztandarami IPN-u. Tak. I z namaszczeniem wielokrotnym Kościoła. Tak. No właśnie.
Rene powiedziała kiedyś na zajęciach: „wszyscy jesteśmy fragmentami, tylko nie bardzo wiadomo, jak to powiedzieć studentom…“ Fakt.
Przyszło przesilenie wiosenne. W tle Alanis Morisette śpiewa “head over feet”. I czuję się jeszcze bardziej fragmentarycznie, niż zwykle. ![]()
[Uprzedzam, to nie o polskich Jamesach Bondach z naszej-klasy. Żołnierze-gówniarze mnie nie interesują.]
Odkąd po raz pierwszy zobaczyłam ten spot rekrutacyjny do Gwardii Narodowej w kinie w Oceanside, chciałam o nim napisać. Przede wszystkim o tym, jak ten spot pokazuje więź narodową i naród. I jak reprezentuje odniesienia do historii. Przemyślenia poniżej zawdzięczam moim studentom, którzy byli nieocenionymi nauczycielami i tłumaczami dylematów ich własnej tożsamości.
Tworzenie tożsamości narodowej w Stanach bardzo się różni od tego w państwach narodowych, lub ultra-narodowych typu Polska, gdzie procent wyznawców tej samej religii i identyfikujących się z tą samą grupą etniczną wynosi ok. 98%. Ale taka homogenizacja, spełnienie marzenie Dmowskiego i polskich faszystów z ONR dokonało się dopiero za sprawą Hitlera i Stalina. Polskim konstruktorom masowej tożsamości narodowej z przełomu wieków wystarczyła w zasadzie tylko demonizacja zewnętrznych sąsiadów dawnej Rzeczpospolitej. Wrogów zewnętrznych zidentyfikowano jako transhistorycznych Niemców i Rosjan, którzy zawsze knuli przeciw “królewskiemu szczepowi piastowemu”. Tu szlachta wielkodusznie utożsamiła ow szczep z katolickim chłopstwem pańszczyźnianym i tak symbolicznie dowartościowała moralnie chłopstow, po wiekach traktowania go jak swoją własność i część inwentaża. A chłopstwo to zaakceptowało. Wrogów zewnętrznych uzupełniono wrogiem wewnętrznym - czyli Żydami, zwalając na nich winę za strukturalny wyzysk. Solidaryzm chrześcijański dopomógł w identyfikacji kozła ofiarnego, a ten pomógł skonstruować ponadklasową wspólnotę narodową. Wystraczyło tu emocjonalne i polityczne opracowanie wątku „nasi i elektorscy“. Być może dlatego, że tożsamość narodową propagowano wśród chłopstwa do niedawna przywiązanego do ziemi poddaństwem, a po jego zniesieniu - brakiem systemu komunikacji. W takim wypadku najłatwiej było się odwołać do antagonizmu sąsiedzkiego, typu „nasi z Bodzianowa kontra wrogowie z Łabądek“. A klęska polityczna elity feudalnej, czyli szlachty, w kontekście katolicyzmu posłużyła do zbudowania poczucia moralnej wyższości „pokonanych“ nad ich „katami“.
Budowanie więzi narodowej w byłych koloniach, w państwie imigrantów, z tak wielkim zróżnicowaniu kulturowym, rasowych, etnicznym i religijnym, a jeszcze przy demokratycznych konstytucyjnych zasadach poszanowania różnorodności kulturowej – to inne wyzwanie. Stany Zjednoczone to eksperyment na wielka skalę, który się powiódł, przynajmniej przez 200 lat. Ale to nie znaczy, że musiał się udać lub że się będzie udawał w przyszłości. Kryzys różnicy kulturowej pomiędzy Północą a Południem w latach 60-tych XIX-go wieku został rozwiązany za cenę wojny domowej, strukturalnej biedy na południu i appartheidu, któremu się przeciwstawiono dopiero w latach 60-tych. Rasizm przełamuje się do dzisiaj. Z różnymi rezultatami.
Wg teoretyków nacjonalizmu elementy niezbędne do stworzenia tożsamości narodowej to powszechna edukacja, uniformizacja języka, system komunikacji i powszechny pobór do wojska. O kulturowej uniformizacji w ogóle mowy być nie może, bo rożnorodność rasowa i etniczna nakłada się na religijną – i o konflikty tu łatwiej niż o „pokojowe współistnienie“. Jednym z ubocznych efektów tolerancji jest wyobcowanie. Uniformizacja języka jest kwestionowana w praktyce poprzez coraz szersze wprowadzanie dwujęzyczności –angielsko-hiszpańskiej. To też eksperyment, który nie wszystkim się podoba i którego efekt jest niewiadomą. System komunikacji stał się globalny. Zostaje więc armia, zawodowa oczywiście, która staje się symbolem narodu, ale nie opiera się na masowym poborze, czyli nie ma tu masowej propagandy nacjonalistycznej w stosunku do wszystkich dorosłych mężczyzn. Gwardia Narodowa nie jest armią, ale rodzajem pospolitego ruszenia. Obok parlamentu, konstytucji, symboli narodowych i systemu sprawiedliwości wojsko jest jedną z nielicznych instytucji, która stara się reprezentować ideę narodu w sposób uniwersalny. I to nie bez problemów.
Jak zawsze ciekawa jestem, co o tym myślicie.
Tu be kontinju.