krótki film o dojrzewaniu

31 maj 2008

Po wielu latach znowu “Krótki film o miłości“ Kieślowskiego. Tak samo jak „Jańcio Wodnik“ Kolskiego zestarzał się, przyjamniej dla mnie. Kiedyś widziałam w nich uniwersalia. Dzisiaj już nie. Dzisiaj to źródła do historii mentalności. I pewnie nadal aktualne dla pewnego typu intelektualizmu katolickiego.

„Nadwrażliwy Tomek“ (recenzenci tak go nazywają) w potrzasku pomiędzy seksualną Magdą, a matczyną Mamą-Kolegi. Chłopiec dojrzewa emocjonalnie w potrzasku (dosłownym, bo architektonicznym) pomiędzy rozpustnicą – Magdaleną (a dokładnie Marią Magdaleną, bo tak ją nazywają znajomi, żeby widz nie miał wątpliwości) a bezinteresowną Matką. W potrzasku z miłości macierzyńskiej (zaborczej, autorytatywnej, domowej), a miłości zmysłowej (podglądanej, niedostępnej, światowej). Matka święta; Magdalena rozpustna. Tomek skrzywdzony przez Marię Magdalenę, wraca pod opiekuńcze skrzydło Matki, która nie dopuści rozpustnicy, nie pozwoli skrzywdzić chłopca. Może dlatego, że „źle się czuje, gdy w pokoju obok nie ma nikogo“?

Nic dziwnego, że mężczyzna ma problem z dojrzewaniem i właściwie niewielkie szanse na to, że kiedykolwiek dojrzeje. Tomek ma problem z męskością. Z jednej strony jest przybranym synem Matki-której-sensem-życia-jest-macierzyństwo. Z drugiej strony przyciąganym i odtrąconym przez PRL-owska femme fatal. Kieślowski opisał ją jako seksualnie wyzwoloną artystkę, która nie potrzebuje mężczyzny ani po to, żeby ją utrzymywał, ani żeby ją inspirował, ani żeby ją kochał. Tradycja-Matka zestawiona z Nowoczesnością-Wyemancypowaną-Artystką. A w tym wszystkim Tomek, który uczy się relacji płci i wychodzi z tego z podciętymi żyłami. Coś jest tutaj chore, tylko co, lub kto?

Kieślowski nie zastanawia się nad Matką – ona jest jak natura. Bo naturalne jest macierzyństwo. Powołaniem kobiety jest kochać. Magdalena, to kultura per se (artystka). To kobieta nowoczesna, ‚zboczona‘, bo zboczyła gdzieś ‚w ślepą uliczką‘ cynizmu, seksualizmu i odrzuciła miłość. Nie umie kochać, więc nie jest prawdziwą kobietą (choć tak wygląda). Sama o sobie mówi, że jest zła. A Tomek po prostu źle trafił – „bo dziewczęta lubią delikatnych chłopców“, jak mówi Matka. A Magda lubi seks. Czystość i delikatność Tomka przeciw rozpuście i cynizmowi Magdy. Taka inwersja tradycyjnych ról w melodramacie, gdzie to dziewczyna zazwyczaj bywa czysta i niewinna. Ale tu jest PRL, tu jest odwrotnie. Tu kobieta inicjuje seksualnie mężczyznę, zupełnie inaczej niż w romansach z XIX-go wieku, gdzie to była rola mężczyzny. I – co najgorsze – ta kobieta nie potrzebuje mężczyzny. W dawnych czasach relacje płci w tego typu inicjacji były określone: prostytutki robiły to dla pieniądzy, a służące – za wstążki i korale od panicza. A potem wszystko się rozjechało…

Dziś najbardziej mnie drażni dosłowność tego filmu. I, w gruncie rzeczy, niezdolność transgresji. Film uniwersalny, ale w kontekście “ograniczonego uniwersum”. Szkoda.


żona doceniona…

30 maj 2008

Ksaweryna Chodkiewiczowa miała 18 lat, gdy wyszła za mąż za światłego i rozwiedzionego Aleksandra hr. Chodkiewicza. Hr. Aleksander przeżył traumatycznie swoje pierwsze małżeństwo z Teresą Karoliną z Walewskich, późniejszą księżną Golicynową. Pierwsza żona najpierw zdradziła go z 18-letnim poetą Antonim Malczewskim, a potem z Aleksandrem ks. Golicynem. Chorobliwie zazdrosny o swoją pierwszą żonę, drugiej już w miarę ufał. Małżeństwo było przykładne, acz niedobrane.
„W nagrodę za dozgonną uczciwość i wierność Chodkiwiecz opisał jej [Ksaweryny] cnoty i poświęcenie w zaginionej powieści Paulina. Bohaterka jej nie była zadowolona ze swego losu, a we wspaniałym magnackicm pałacu nie znalazła upragnionego szczęścia – nie tylko dlatego, że – jak głosił Mickiewicz – nie było go w Ojczyźnie. [...] Powieść ta, rękopis w czterech czy sześciu tomach, przeszła z Archiwum Młynowskiego w r. 1920 do zbiorów na Wawelu, ale nie udało się jej teraz odszukać z powodu nieuporządkowania pamiątek po Chodkiewiczu tamże zgromadzonych.“

Franciszek German w: Aleksander Jełowicki, Listy do Ksaweryny

Cnota nagrodzona, żona wywyższona…


lichtarze

27 maj 2008

“To cud, że do naszych czasów ocalały. I to w parze. Można sobie jedynie wyobrazić, jakie były ich losy. O, losy przedmiotów są równie ciekawe, jak ludzkie. I równie tragiczne. Gdyby na przykład dało się odtworzyć los tych lichtarzy. Nie historię, los. Moglibyśmy się wówczas wiele rzeczy dowiedzieć i o ludziach, u których były w posiadaniu. I to rzeczy pozornie najbardziej ulotnych, lecz kto wie, czy nie najważniejszych, których nie dowiedzielibyśmy się z żadnych dokumentów. Czasem bowiem człowiek może liczyć jednynie na przedmioty, że go zrozumieją. Czasem przedmiotom powtarza to, czego nie powierzyłby nikomu innemu. Czasem tylko przedmioty potrafią z nami tak naprawdę współistnieć. Życzę panu, aby te lichtarze… I zapraszam.”

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli

***

I trzy Gracje…



solidarność z lęku

23 maj 2008

Luty 1982

Jest coś w tym charakterystycznego dla całe sytuacji, w jaką wpadliśmy. Można dziś w jednej chwili zyskać przyjaciół, którzy by poszli za tobą w ogień, ale pod warunkiem, że dostosujesz się do reszty. Czuję się solidarny z innymi, jak nigdy. Ale ta solidarność wynika z lęku. Nie z entuzjazmu. Entuzjazmu już nie ma. Czuję się samotny i zakneblowany.

Tadeusz Sobolewski “Dziecko Peerelu. Esej dziennik”. Warszawa: Wyd. Sic!, 2000.


warszawianka wyzwolona

17 maj 2008

Tak blisko miejsca kąpieli dla mężczyzn (odległość odmierzono na cztery rzuty kamieniem) nie spodziewałem się naturalnie zobaczyć kąpieliska dla kobiet. Nigdy bym nie przypuszczał, że przyzwoitym kobietom zezwala się na kąpiel w wodach pod gołym niebem. Polki należą widocznie do innego gatunku kobiet niż Niemki. Niemka, jeśli otrzymała jakieś wychowanie, pali się ze wstydu i natychmiast zasłania oczy chusteczką, jeśli spotka odbartego chłopaka, gdy krój jego spodni nie zasłania kolan. Polka, w tym wypadku warszawianka, przechodzi bez żadnej żenady obok miejsca, gdzie kąpią się mężczyźni, aby dotrzeć do swego kąpieliska […] Nie czyni żadnego gestu, jak gdyby miała paść trupem na taki widok […] Nie wstydzi się, jak to robią kobiety w innych krajach, ale też nie zerka tak jak one. Przyszedłszy do miejsca kąpieli dla kobiet zrzuca sztuczną powłokę ze swej naturalnej, ziemskiej postaci, wkłada długą koszulę kąpielową i wchodzi do wody. Nie kłopocze się bliskością mężczyzn, niby bohaterka, która nie boi się wrogów… Kąpielisko na wolnym powietrzu warszawianki odwiedzają bardzo często. I to nie tylko cały rodzaj żeński należący do stanów średnich, ale także bardzo wiele dam z najszacowniejszych klas… Mój towarzysz zapewnił mnie, że wiele Polek świetnie jeździ konno, a jeszcze więcej dobrze pływa.

C. Goehring, “Polen unter russischer Herrschaft. Reisen und Sittenschilderung aus neuster Zeit”. T. II, Leipzig 1843, s. 37. Tłum. Irena Koberdowa


zęby Filomatów

15 maj 2008

(ze specjalną dedykacją dla Magdy ;-)

Ktoś, kogo bolą zęby, jest kimś innym niż ten, kogo zęby nie bolą. Zęby mogą mieć też coś wspólnego z miłością, bo Werter z opuchniętym policzkiem i głową obwiązaną chustką raczej nie nadaje się na Wertera: rozmyśla o tym, jakby pozbyć się bolącego zęba i zapomina o tym, że miał strzelić sobie w łeb. Powraca do tej myśli dopiero po ekstrakcji, która jednak była – zważywszy na ówczesny stan stomatologii – czymś w rodzaju samobójstwa, więc nie wiadomo, czy warto robić coś takiego po raz drugi. Z niemal każdego listu Mickiewicza, Czeczota, Pietraszkiewicza, Malewskiego można dowiedzieć się czegoś o zębach. Bolący ząb to była wówczas prawdziwa klęska i cierpienia, których z tego powodu dzisiaj doświadczamy, nie dadzą się porównać z cierpieniami ludzi XIX wieku, którzy nie słyszeli o niczym takim, jak znieczulenie. Zęby traciło się wtedy w młodości i właśnie dlatego mowa jest o tym w listach ludzi młodych. Starzejący się Mickiewicz w listach do Towiańskiego o zębach nie pisze, bo już nie ma o czym. Malewski do Mickiewicza: ,,Od tego czasu przez trzy dni cierpiałem okropnie na zęby”. Pietraszkiewicz do Mickiewicza: ,,Ja dni kilka dla bólu zęba i fluksyi (opuchłości) musiałem przesiedzieć w domu”. Czeczot do Pietraszkiewicza o Mickiewiczu: ,,Ząb zawczoraj jeden wyrwał, ale drugi na to miejsce boleć mu dziś okrutnie zaczął”. Mickiewicz do Czeczota: “Zęby mi wypsuły się; trzy znowu, nie wiem, co z nimi począć”. Hrabina Puttkamerowa do Czeczota: ,,Przez kilka nocy prawie się wariowałam z tego bólu. Posyłam dopiero po pigułki do Wilna, które mają slużyć na zęby, a jeśli i te nie pomogą, przyjadę sama dla wyrwania tego zęba; chociaż tak jest osadzony, że operacja będzie trudna”.

Może ktoś obliczy – na podstawie pięciu tomów korespondencji Filomatów – ile zębów Mickiewicz stracił w Kownie. Pewnie kilkanaście. Zęby najczęściej wyrywano, ale niekiedy – nie jest dla mnie jasne, na czym to polegało – przypiekano lub złocono. Z książki Wincentyny Zawadzkiej “Gospodyni litewska” można się dowiedzieć, co robiła hrabina Puttkamerowa, aby mieć białe i zdrowe zęby […] „Zęby rano, wieczór i po każdym jedzeniu wypłukać należy wodą, ani zbyt zimną, ani też letnią, tylko taką, jaka jest latem w rzece“. Zawadza doradzała, żeby nie używać twardych szczoteczek i nie szorować codziennie zębów jakimiś proszkami. Osad, pouczała, należy „zdjąć narzędziem umyślnie na to zrobionym albo własnym paznokciem“. Dwa razy w tygodniu dla czyszczenia zębów można użyć „proszku z brzozowego węgla“. Można też je czyścić „miękką tabaką“, a „tenże sam skutek robi proszek z przepalonego w fajce tytuniu“. Kto tego robił nie będzie, ostrzegała Zawadzka, ten będzie miał na zębach „obwódkę żółtawozielonawą“ i czeka go wizyta u dentysty. […] Najbardziej przejmujący opis ekstrakcji pochodzi z listu Mickiewicza do Czeczota i Zana z 10/22 maja 1820 roku: „Blisko tygodnia cierpiałem na ząb srodze, kilka bezsennych nocy i dni nieznośnych zmusiły mię do okropnej operacji wyrwania tego uprzykrzenia. Aż mię dreszcz przechodzi, ilekroć wspomnę na owe łamanie i skrzypienie i wleczenie dwucalowego korzenia i płynienie krwi itd.“

Jarosław Marek Rymkiewicz, Żmut