Pociejów i lody

25 czerwiec 2008

“Od wczesnej wiosny do późnej jesieni odwiedzali podwórka lodziarze dwojakiego rodzaju. Albo był to swojski domokrążca, odziany z niebieską bluzę i biały fartuch, z płaskim wiaderkiem na plecach, oznajmiający się wesołym okrzykiem: „Loody! Loody!“ – na co dzieciarnia podwórzowa odpowiadała mu piosenką: „Loody, loody dla panny młodej! Dla pana młodego kija dębowego!“. Częściej jednak ukazywała się na podwórku imponująca postać Wielkorusa ze środkowych guberni Cesarstwa, w malinowej koszuli, wyłożonej na spodnie i ściągniętej rzemiennym pasem. Na głowie miał czarny kaszkiet, a na tym kaszkiecie podłużną wanienkę z lodami, okręconą po wierzchu płótnem tego samego koloru, co jego koszula. Szedł wyprężony jak struna, rzadko tylko podtrzymując ręką ciężką wanienkę, którą z godną podziwu zręcznością utrzymywał w równowadze stałej. Jego basowy okrzyk: „Sachar morożennyj!“ – przenikał mury suteren […]. Lodziarz zdejmował wówczas z głowy wanienkę, stawiał ją na ziemi, odwiązywał czerwoną płachtą i specjalną łyżeczk dobywał z wnętrza puszek z lodami kremowe kuleczki.“

Stefania Podhorska-Okołów, Warszawa mego dzieciństwa


miasto [1]

24 czerwiec 2008

sado-maso, czyli anatomia miłości

21 czerwiec 2008

„Śniąc o Judytach, zdobyć mogę tylko Lukrecje; ogarnia mnie wtedy takie poczucie słabości, że dosłownie ginę z pohańbienia. Pozostaje mi więc jedna tylko droga, aby odzyskać tragizm, przed którym tchórzliwie uciekłem: oto aby lepiej kochać Lukrecję, muszę ją okrutnie męczyć! Stąd praktycznie wynika, że jeżeli kobieta, z którą żyję, nie napawa mnie świętym strachem […] – usiłuję zastąpić nieobecny strach litością; ściślej można powiedzieć, że jest we mnie potajemna skłonność, aby – sztucznymi środkami – wzbudzić w sobie litość nad kobietą, którą kocham. Staram się więc wprowadzić w codzienne życie jakby moralne rozdarcie, usiłując – powtarzalnymi lękami – zmienić swe istnienie w „tratwę Meduzy“, gdzie lamentuje i pożera się nawzajem garść zagłodzonych rozbitków. Szczególne podniecenie, związane ze wszystkim, co z dziedzinie seksualnej poraża mnie lękiem, odnajduję – przynajmniej w pewnym stopniu – za pośrednictwem litości, tak iż oba bieguny mojego odczuwania (podobnie jak Lukrecja i Judyta, widziane tylko pod kątem przelanej krwi) niemalże się w końcu pokrywają.“

Michel Leiris, Wiek męski (1939)


wiewiórka w pelargoniach

20 czerwiec 2008

Adam rzucił ostatnio bardzo ciekawy pomysł – fotoblog. I tak tu właśnie będzie od teraz – fotoblog i ciekawe  (moim zdaniem) wypisy z lektur.

Tymczasem wiewiórka:


sjesta…

16 czerwiec 2008


“Pornografia” Kolskiego

14 czerwiec 2008

Czy tylko ja myślę, że Pornografia Jana J. Kolskiego to najlepszy polski film, jaki widziałam od 10 lat?


wyznanie osobiste

13 czerwiec 2008

Nie trawię snobów w żadnej postaci. Zwłaszcza pretensjonalnych.


imprezy Anno Domini 1918

13 czerwiec 2008

„W latach, które nastąpiły po 11 listopada 1918 roku, na tyle pomieszały się narodowości i zatarły przedziały społeczne, przynajmniej dla zamożnego mieszczaństwa, że większość przyjęć wydawanych przez młodzież zmieniła się w dziwaczne melanże, gdzie ludzie najlepiej wychowani sąsiadowali ze swego rodzaju hołotą dancingową. Pito wiele, flirtowano zawzięcie, a czasem i więcej, z zadziwiającym poczuciem wolności, które płynęło stąd, że człowiek znajdował się najczęściej incognito u nie znanych sobie gospodarzy, wśród tłumu ludzi, z których większość nic o sobie nie wiedziała, znaczna zaś część nie była nikomu nawet znana z widzenia.

Po takich zebraniach szkody bywały częste i niemałe, z rabunkiem włącznie. Biada fortepianom, w które – żeby było śmieszniej albo przez zwykłą nieuwagę – rzucano niezgaszone zapałki, niedopałki papierosów albo zalewano szampanem. Biada kieliszkom, dywanom, porcelanie, a czasem też biżuterii. Żona pewnego izraelickiego bankiera została tak właśnie ograbiona podczas surprise-party, urządzanej w jej własnym domu przez przyjaciół córek; po odejściu niby-najeźdźców szlachetna matka rodu stwierdziła ubytek wśród klejnotów i na dodatek odkryła na prześcieradle ślady, nie budzące najmniejszej wątpliwości co do użytku, jaki zrobiono z małżeńskiego łoża.

Była banda dziewcząt i chłopców, którzy zyskali opinię szarańczy: czyhali na każdą prywatkę i skoro tylko wywiedzieli się, że będzie mieć miejsce, zaraz na taką zabawę spieszyli; nie troszcząc się w najmniejszym stopniu o innych uczestników, tańczyli tylko między sobą i nic, albo prawie nic, nie przyniósłyszy do jedzenia i picia, w mgnieniu oka zmiatali wszystko z bufetu, po czym – wszystko sprzątnąwszy – szli gdzie indziej. Było to tak nieznośne, że skoro tylko zostawali rozpoznani, bliscy znajomi gospodarzy brali na siebie obowiązek pilnowania bufetu, tworząc coś w rodzaju warty honorowej czy wręcz policji.“

Michel Leiris, Wiek męski (1939)


pamięć

12 czerwiec 2008

“[…] według mnie pamięć jest takim lecącym do nas światłem dawno zgasłej gwiazdy. Czy niechby tylko naftowej lampy. Tyle że nie zawsze jest w stanie do nas dolecieć za naszego życia. Zależy, z jakiej odległości leci i w jakiej odległości my od niej jesteśmy. Bo to nie są równe odległości. A w ogóle może wszystko jest pamięcią. Cały ten świat, odkąd jest. I także my tu obaj, te psy. Czyją? Tego nie wiem.”

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli


Hillary Clinton – Post Scriptum, czyli prywatne jest polityczne

11 czerwiec 2008

Z niecierpliwością czekam na książkę, która przeanalizuje kampanię Hillary Clinton, z punktu widzenia feministycznego. A tymczasem własne notatki.

Hillary jest bez wątpienia córką drugiej fali feinizmu. I przez dekady była dumą tej politycznej i intelektualnej tradycji. Ośmioletnia prezydentura Clintona pozostawała pod wpływem Ruchu Praw Człowieka, a obecność feminizmu gwarantowała w niej żona prezydenta. Choć nie obyło się bez skandali i rozczarowań. Jeden z największych, to reakcja Hillary na zdrady męża. Wiele kobiet miało i nadal ma jej za złe, że stanęła przy Billu, i że po kadencji się z nim nie rozwiodła. Bo – jak wielu uważa – powinna. Nie rozwiodła się jednak i nadal powtarza, że jej rodzina jest dla niej całym światem. Może tak jest. A może nie. Cokolwiek Hillary zrobiłaby, miała do tego prawo. Cokolwiek jednak zrobiłaby – byłaby za to skrytytkowana i jej decyzję użyto by przeciwko niej. Ale w takim momencie osobiste wybory życiowe powinny łączyć się z feministyczną świadomością. Wszak prywatne jest polityczne. I feministki nadal w to wierzą. A tu wyszło dziwnie.

Ostatnio niesamowitą glossę do tego problemu przedstawili twórcy bardzo popularnego serialu „Law & Order“. Jakiś miesiąc temu pojawił się nowy odcinek, w którym młody, charyzmatyczny i przystojny gubernator stanu Nowy Jork, znany i szanowany za walkę z korupcją, sam staje się przedmiotem śledztwa, bowiem odkryto, że regularnie spotyka luksusowe prostytutki. Oczywiście od razu kojarzy się świeża sprawa Eliota Spitzera. Ale nie tylko.

O ile bowiem sprawa Spitzera zakończyła się publicznym skandalem i jego rezygnacją, a Silda Spitzer stanęła pod pręgierzem obok swego mężczyzny – poniżona, ale lojalna – o tyle odcinek serialu kończy się inaczej. Tu żona gubernatora staje się głównym obrońcą męża i używa swego autorytetu i wpływów po to, żeby nie dopuścić do skandalu – bowiem to zrujnowałoby cały ich potencjał polityczny wynikający z tego, że są rodziną. I okazuje się, że filmowa żona gubernatora ma także wcale nie małe ambicje polityczne, i nie zrezygnuje z nich „choć mąż złamał jej serce i nigdby mu tego nie wybaczy“. Ma jednak priorytety, a w świecie dwupartyjnej polityki lojalność polityczna jest ważna. Pod koniec filmu widz przypomniał sobie nie tylko sprawę Spitzera, ale też małżeńsko-polityczne problemy Clintonów. A bohaterka filmu nie miała w sobie nic z pasywnej i złamanej Sildy Spitzer; miała w sobie coś z dobrze znanej żelaznej damy.

I w tym tkwi problem. Od początku kampanii słuchałam pilnie, co Hillary ma do zaoferowania kobietom, choć prezentuje je jako swoich „naturalnych“ wyborców, bo jest feministką. Ale niewiele usłyszałam, w każdym razie żadnych konkretów. Słyszałam natomiast, że jest gotowa do prezydentury „w dniu nr 1“. Skąd ta gotowość? Z faktu, że była żoną prezydenta. Ta selektywność w wyborze elementów biograficznych do politycznego wizerunku stworzyła niespójny wizerunek: jako żona swego męża jestem gotowa. Jako żona, czy jako partner polityczny? W jakiej relacji pozostaje małżeństwo – w tym nielojalność męża i dobrowolne podporządkowanie się żony pomimo zdrady – z relacją partnerską dwóch polityków? W jaki sposób takie nierówna relacja płci, usankcjonowana przez wolny osobisty wybór, żeby się nie rozwieść, stoi wobec relacji kobiety, jako polityka, wobec swoich partnerów politycznych? W jaki sposób to wpływa na to wizerunek liderki politycznej tak wielkiego państwa? Jaki przykład Hillary dała kobietom po zdradzie Billa? Czy mogłaby być tym, kim jest, znaleźć się tam, gdzie jest, gdyby nie była żoną swego męża i w imię trwałości rodziny – i wspólnej działalności politycznej – nie szła na głębokie ustępstwa i przełykanie goryczy nielojalności?

Takich pytań nie słyszało się w mediach, ale zadawał je każdy, kogo znam. Hillary starała się zaprezentować jednocześnie jako niezależny polityk (sic!) i „kobieta rodzinna“. I z tym wielu – i nie tylko feministek – ma problem. I to zgrzytało. Ambiwalencja małżeństwa i jego relacji do polityki pociągnąły Hillary w dół. Było ono wehikułem jej kariery i stało się powodem jej fiaska. W Stanach wiele niezależnych kobiet robi niesamowite kariery polityczne. Warto spojrzeć choćby na Condoleezzę Rice. A więc jest to możliwe. Fakt, Hillary jest starsza i zaczynała swoją karierę w innych warunkach kulturowych. Ale mimo wszystko.

I dlatego wiele kobiet-wyborców, tej spodziewanej najbardziej lojalnej grupy wspierającej Sen. Clinton, podzieliło swoje głosy. W czasie kampanii mówiło się wręcz o „zdradzie kobiet“, które nie są tak lojalne wobec Hillary Clinton, jak się spodziewano. Wiele z nich głosowało na Obamę. I w ten sposób wyraziło swoje uznanie dla pewnej odważnej, nikomu nieznanej dziewczyny i jej matki. Dla Ann Dunham z Wichita, Kansas – matki Baracka Obamy i dla jego babki. Bo dla wielu Amerykanów posiadanie kolorowego dziecka z zagranicznym studentem z Afryki, w małym mieście na Środkowym Zachodzie na początku lat 1960-tych, było wyrazem większej odwagi i siły charakteru, niż publiczne wsparcie udzielone przez zdradzoną żonę, być może po to, by ocalić polityczną pozycję; A te dwie kobiety wychowały rasowo mieszane dziecko na Baracka Obamę. Cień Ann Dunham jest niezwykle ważny w tej kampanii. I z tym cieniem Hillary Clinton było trudno sobie poradzić. Przynajmniej w oczach wielu kobiet wyborców.

Prywatne JEST polityczne. I Hillary się znowu o tym przekonała.