Hillary Clinton – Post Scriptum, czyli prywatne jest polityczne

Z niecierpliwością czekam na książkę, która przeanalizuje kampanię Hillary Clinton, z punktu widzenia feministycznego. A tymczasem własne notatki.

Hillary jest bez wątpienia córką drugiej fali feinizmu. I przez dekady była dumą tej politycznej i intelektualnej tradycji. Ośmioletnia prezydentura Clintona pozostawała pod wpływem Ruchu Praw Człowieka, a obecność feminizmu gwarantowała w niej żona prezydenta. Choć nie obyło się bez skandali i rozczarowań. Jeden z największych, to reakcja Hillary na zdrady męża. Wiele kobiet miało i nadal ma jej za złe, że stanęła przy Billu, i że po kadencji się z nim nie rozwiodła. Bo – jak wielu uważa – powinna. Nie rozwiodła się jednak i nadal powtarza, że jej rodzina jest dla niej całym światem. Może tak jest. A może nie. Cokolwiek Hillary zrobiłaby, miała do tego prawo. Cokolwiek jednak zrobiłaby – byłaby za to skrytytkowana i jej decyzję użyto by przeciwko niej. Ale w takim momencie osobiste wybory życiowe powinny łączyć się z feministyczną świadomością. Wszak prywatne jest polityczne. I feministki nadal w to wierzą. A tu wyszło dziwnie.

Ostatnio niesamowitą glossę do tego problemu przedstawili twórcy bardzo popularnego serialu „Law & Order“. Jakiś miesiąc temu pojawił się nowy odcinek, w którym młody, charyzmatyczny i przystojny gubernator stanu Nowy Jork, znany i szanowany za walkę z korupcją, sam staje się przedmiotem śledztwa, bowiem odkryto, że regularnie spotyka luksusowe prostytutki. Oczywiście od razu kojarzy się świeża sprawa Eliota Spitzera. Ale nie tylko.

O ile bowiem sprawa Spitzera zakończyła się publicznym skandalem i jego rezygnacją, a Silda Spitzer stanęła pod pręgierzem obok swego mężczyzny – poniżona, ale lojalna – o tyle odcinek serialu kończy się inaczej. Tu żona gubernatora staje się głównym obrońcą męża i używa swego autorytetu i wpływów po to, żeby nie dopuścić do skandalu – bowiem to zrujnowałoby cały ich potencjał polityczny wynikający z tego, że są rodziną. I okazuje się, że filmowa żona gubernatora ma także wcale nie małe ambicje polityczne, i nie zrezygnuje z nich „choć mąż złamał jej serce i nigdby mu tego nie wybaczy“. Ma jednak priorytety, a w świecie dwupartyjnej polityki lojalność polityczna jest ważna. Pod koniec filmu widz przypomniał sobie nie tylko sprawę Spitzera, ale też małżeńsko-polityczne problemy Clintonów. A bohaterka filmu nie miała w sobie nic z pasywnej i złamanej Sildy Spitzer; miała w sobie coś z dobrze znanej żelaznej damy.

I w tym tkwi problem. Od początku kampanii słuchałam pilnie, co Hillary ma do zaoferowania kobietom, choć prezentuje je jako swoich „naturalnych“ wyborców, bo jest feministką. Ale niewiele usłyszałam, w każdym razie żadnych konkretów. Słyszałam natomiast, że jest gotowa do prezydentury „w dniu nr 1“. Skąd ta gotowość? Z faktu, że była żoną prezydenta. Ta selektywność w wyborze elementów biograficznych do politycznego wizerunku stworzyła niespójny wizerunek: jako żona swego męża jestem gotowa. Jako żona, czy jako partner polityczny? W jakiej relacji pozostaje małżeństwo – w tym nielojalność męża i dobrowolne podporządkowanie się żony pomimo zdrady – z relacją partnerską dwóch polityków? W jaki sposób takie nierówna relacja płci, usankcjonowana przez wolny osobisty wybór, żeby się nie rozwieść, stoi wobec relacji kobiety, jako polityka, wobec swoich partnerów politycznych? W jaki sposób to wpływa na to wizerunek liderki politycznej tak wielkiego państwa? Jaki przykład Hillary dała kobietom po zdradzie Billa? Czy mogłaby być tym, kim jest, znaleźć się tam, gdzie jest, gdyby nie była żoną swego męża i w imię trwałości rodziny – i wspólnej działalności politycznej – nie szła na głębokie ustępstwa i przełykanie goryczy nielojalności?

Takich pytań nie słyszało się w mediach, ale zadawał je każdy, kogo znam. Hillary starała się zaprezentować jednocześnie jako niezależny polityk (sic!) i „kobieta rodzinna“. I z tym wielu – i nie tylko feministek – ma problem. I to zgrzytało. Ambiwalencja małżeństwa i jego relacji do polityki pociągnąły Hillary w dół. Było ono wehikułem jej kariery i stało się powodem jej fiaska. W Stanach wiele niezależnych kobiet robi niesamowite kariery polityczne. Warto spojrzeć choćby na Condoleezzę Rice. A więc jest to możliwe. Fakt, Hillary jest starsza i zaczynała swoją karierę w innych warunkach kulturowych. Ale mimo wszystko.

I dlatego wiele kobiet-wyborców, tej spodziewanej najbardziej lojalnej grupy wspierającej Sen. Clinton, podzieliło swoje głosy. W czasie kampanii mówiło się wręcz o „zdradzie kobiet“, które nie są tak lojalne wobec Hillary Clinton, jak się spodziewano. Wiele z nich głosowało na Obamę. I w ten sposób wyraziło swoje uznanie dla pewnej odważnej, nikomu nieznanej dziewczyny i jej matki. Dla Ann Dunham z Wichita, Kansas – matki Baracka Obamy i dla jego babki. Bo dla wielu Amerykanów posiadanie kolorowego dziecka z zagranicznym studentem z Afryki, w małym mieście na Środkowym Zachodzie na początku lat 1960-tych, było wyrazem większej odwagi i siły charakteru, niż publiczne wsparcie udzielone przez zdradzoną żonę, być może po to, by ocalić polityczną pozycję; A te dwie kobiety wychowały rasowo mieszane dziecko na Baracka Obamę. Cień Ann Dunham jest niezwykle ważny w tej kampanii. I z tym cieniem Hillary Clinton było trudno sobie poradzić. Przynajmniej w oczach wielu kobiet wyborców.

Prywatne JEST polityczne. I Hillary się znowu o tym przekonała.

Odpowiedzi: 2 do “Hillary Clinton – Post Scriptum, czyli prywatne jest polityczne”

  1. krzysztof_nawratek mówi:

    ja tylko tak, ze mnie przekonuje co napisalas…
    oczywiscie sledze ta kampanie z daleka i jednak bez az tak wielkich emocji, ale to pekniecie w Hillary (wydaje mi sie zreszta ze tych pekniec jest wiecej – jest na portalu KP ciekawy tekst o tym ze Hillary jest w zasadzie bialym mezczyzna ;) zawazylo o jej przegranej.

  2. blogali mówi:

    Krzysztof,

    Dzięki za info o KP. Pewnie napisał to ktoś, kto uważa, że płeć jest performowana… Ah, jo… ;)
    Dla mnie Hillary Clinton nie jest białym mężczyzną – ani seksualnie, ani genderowo – ale białą kobietą z białego demokratycznego establishmentu. A to niekoniecznie redukuje się do białego mężczyny, czyli białego patriarchatu. No ale Judith Butler widać wszędzie pasuje… ;)

Napisz odpowiedź