5 dni

30 październik 2008

Czwartek, wczesne popołudnie. Punkt głosowania dla early voters. Staliśmy w kolejce pół godziny… Przekrój społeczny we wszystkich kierunkach. Rodziny. Rodzice z maluchami. Był nawet “hydraulik Joe”, ale zdaje się, że w kolejce czuł się średnio. Ludzie go oglądali, ale nie poklepywali po ramieniu, nie zagadywali…

Chciałabym wiedzieć, czy są badania na temat preferencji wyborczych rodziców adoptowanych kolorowych dzieci. Widuję tu tak dużo rodzin rasowo mieszanych z adoptowanymi dziećmi. Zastanawiałam się ostatnio, czy pochodzenie Obamy może wpłynąć na głosy rodziców takich dzieci? W końcu jedną z fundamentalnych amerykańskich wartości jest praca, dzięki której dziecko “może stać się, kim tylko zechce”. Tak głosi ideał, a jednocześnie wiadomo, że takie detale jak kolor skóry, płeć, czy sprawność (o zamożności nie wspominając) nieco przeszkadzają realizacji marzeń… Ta elekcja może stać się przełomowa dla rodzin mieszanych rasowo, które – oby – mogły rzeczywiście powiedzieć swoim dzieciom – możesz być kimkolwiek.

To rzeczywiście będzie największa frekwencja wyborcza w historii tego kraju.

Oby…


Warneńczyk a sprawa gejowska

26 październik 2008

“Gejowskich urodzin króla nie będzie”, jak donosi Wyborcza. Urodziny Władysława Warneńczyka, domniemanego geja, miały się odbyć w Krakowie. Ale się nie odbędą, bo przyjeżdża Jego Ekscelencja Pan Prezydent.

Nie jestem pewna, co myśleć o idei gejowskich urodzin. Z jednej strony podoba mi się pomysł takiego queerowego happeningu. Z drugiej – nie do końca.

Przyczepię się do „gejostwa“ Warneńczyka. Mało tego, że nie wiadomo do końca co Długosz miał na myśli pisząc o „sprośnym i obrzydliwym nałogu” króla. Wcale nie musiał być to homoseksualizm – mógł być onanizm, zoofilia, pedofilia, korzystanie z usług prostytutek, cokolwiek, co stało w sprzeczności z ówczesną normą seksualną. Sodomią w średniowieczu i nowożytności nazywano wszystko co powyżej wymieniłam – plus herezje, dysydenctwo polityczne i inną zdradę stanu. To gdyby nawet był to homoseksualizm, to jednak nie było gejostwo…

Podoba mi się idea campowania polskiego średniowiecza, czy w ogóle polskiej historii, ale… może niekoniecznie na tak mglistych podstawach? Znajdzie się przecież w historii Polski wielu, którzy się bardziej nadadzą. Walezy i jego polscy dworzanie, hetman Stefan Żółkiewski przebrany za boginię Diannę, niejeden ataman kozacki lub skozaczony, by wspomnieć tylko najciekawszych… A jeśli koniecznie chcemy gejów, to warto sięgnąć do Ganimedów wileńskich mistrza Lelewela… O wielkich artystach XX-go wieku nie wspominając.

Ale Warneńczyk? … Nie koniecznie. Po co się podkładać historykom i rzeźbić tam, gdzie nie ma z czego?


gówniarstwo, jako fenomen kultury

5 październik 2008

Kiedyś (lat temu kilkanaście), gdzieś (w szacownej instytucji naukowej), ktoś (bardzo mądry, wręcz genialny i nad wyraz obiecujący) wygłosił wykład (na który dla tytułu, przedmiotu i charyzmy wykładowcy zbiegła się ponad setka studentów):
“Gówniarstwo jako fenomen kultury”.

Fenomenalnie inteligentny i charyzmatyczny młody uczony skończył źle – zapił się na śmierć (trudno orzec, czy koniec ten tragiczny był, czy groteskowy; ocena historyczna tej postaci i jej działalności pozostaje do dziś przedmiotem sporów i debat, w których wyznawcy nieustająco czadzą jego pamięć kadzidłem wszelakim, a krytycy mają go za ostatniego skur…na; obie strony, przyznać trzeba, mają swoje racje. Bowiem nic, co ludzkie, nie było mu obce).

Jego niegdysiejsi studenci poszli w nauki, biznesy i, o zgrozo, w politykę, w chlanie i branie, i dziś (wielu, lecz rzecz jasna nie wszyscy) na różnokolorowych łamach potwierdzają, że, mimo zadatków, niewiele pojęli z nauki guru. Na przykład nauki o wyższości pokory intelektualnej nad bufonadą, o fundamentalnej roli szacunku w dialogu, o konieczności rozwoju intelektualnego, o nauczaniu jako służbie, o wyższości etycznego nad materialnym. Itp. Za to zaciekle świadczą jego tezie o gówniarstwie, jako fenomenie kultury. W ten sposób pamięć o wybitnym człowieku i jego przesłanie trwają nadal. Niezatapialnie.

Refleksja, jaka nasunęłą mi się pewnego poranka, podczas czytania prasy porannej.

A oto co zapamiętałam z wykładu:

Gówniarstwo jest formą niedojrzałości wśród dorosłych. Jako typ zachowania, gówniarstwo ma określoną strukturę. Gówniarstwa nie można uprawiać samodzielnie, bo jest to praktyka relacji interpersonalnych. Największą tragedią dla gówniarza jest izolacja, bezruch, niewidzialność, bo w uprawianiu gówniarstwa potrzeba ciągłej stymulacji z zewnątrz. Na różne sposoby.

Na przykład konfrontacja słowna w uprawianiu gówniarstwa służy typowi o skłonnościach maniakalno-depresyjnych. Nagromadzone napięcie (np. gniew wynikający z kompleksu) szuka rozładowania. Służą temu np. zaczepki słowe, prowokacje, pyskówki (wszystkie techniki znane z podwórka). Ale pomyli się ktoś, jeśli pomyśli, że chodzi o to, żeby dołożyć… Nie. Chodzi o to, żeby dostać po gębie. Bo to dopiero daje prawdziwą satysfakcję. Rytuał poniżenia, obnażenia prawdy o błazeństwie. Dlaczego? Bo to katharsis. Dopóki znowu nie przyjdzie kryzys gniewu, że świat nie docenia. I kompleksu, bo świat nie docenia. A więc wraca potrzeba katharsis, a więc – ekshibicja. I konieczność znalezienia kolejnego konfliktu i “oprawcy” – dorosłego…
Gdzie indziej.

(Tekst archiwalny, dokładnie sprzed dwóch lat.)


po debacie II

4 październik 2008

Pytania Doszki sprowokowały (o co w sumie nietrudno… ;) dłuższą odpowiedź.

Doszka zapytała:

Pojawia się jedno pytanie – na ile zwykły zjadacz chleba, który chce głosować, kieruje się argumentami natury politycznej. Równie atrakcyjna, jak polityczna kompetencja i wizja kandydata, może być postać “osoby, takiej jak my”, która się nie zna, ale jest lepiej zrozumiała w swoich poglądach i decyzjach. Swojska-kobieta-Palin mnie osobiście przeraża, ale rozumiem, że wielu (nie z mojej bajki politycznej) może się podobać.

No i jest jeszcze pytanie o ukrywany rasizm, który ma jednak miejsce w Stanach (chyba). Czyli głosuję z powodu koloru skróry Obamy, ale deklaruję, że skóra nie ma nic do tego :-(

Btw, jak z argumentami gospodarczymi w wyścigu, bo wydawałoby się, to teraz powinien być topowy temat całej czwórki kandydujących

Od końca! )

Argument ekonomiczny jest i jest ważny. Zresztą był przez całą kampanię. A jego wpływ jest taki, że w tej chwili Obama wyprzedza McCaina. Bardzo uproszczona logika tego wyścigu jest taka: jeśli w gospodarce byłaby (a jest) katastrofa, to do przodu idą demokraci, którzy swoją kampanię konsekwentnie budują na kwestiach ekonomicznych; gdyby doszło do jakiejś wojenno-iracko-terrorystycznej katastrofy – do przodu idzie McCain. Wiemy to.

McCain buduje swój prezydencki image wokół swojego kombatanctwa. Ostatnio widziałam w telewizji jego spoty wyborcze, z żołnierzami, polem bitwy itp. i orzeczeniem, że Obama nie jest gotowy, żeby prowadzić naród.

W tej parze prezydenckiej to Palin, z jej profilem zwykłej kobiety, matki, żony, gubernatorki (jak gospodyni domowej) reprezentuje ekonomiczne niepokoje Ameryki. I jako panaceum sprzedaje wolnorynkowe pomysły McCaina. Trudno chyba Amerykanom uwierzyć, że milioner McCain z jego 7-ma domami i 13 samochodami cierpi to samo, co Main Street…

Pytasz o rasę. To jest wielki znak zapytania. I myślę, że też czasami średnio rozumiemy w Polsce, jak działa rasa w Stanach. Myślę, że warto wyjść od jednej rzeczy: w Stanach jest kwestia rasy i jest kwestia rasizmu. Nie każdy, kto mówi o rasie, kto bierze rasę za punkt wyjścia do budowania tożsamości grupowej czy indywidualnej uprawia rasizm. Rasa jest używana w Stanach w różny sposób – dyskryminująco i afirmująco. Tak samo jak etniczność. Na to nakłada się oczywiście kwestia przełożenia rasy/etniczności na dystrybucję władzy i środków finansowych…

Wielu Afro-Amerykanów, zwłaszcza tych z klasy średniej i wyższej klasy średniej (nie znosze tych etykietek, ale trudno się bez nich odejść…), buduje swoją tożsamość na rasie, tak jak biali w większości na etniczności. Ale to jest kwestia wyboru, strategii, skomplikowanych kwestii w społeczeństwie multirasowym i multietnicznym. Te kwestie wychodzą zbyt daleko za to o czym rozmawiamy, ale chętnie bym pogadała o tym w innym miejscu. )

Ja postawiłabym pytanie tak: czy “zwykłemu białemu” Amerykaninowi przeszkadza kolor skóry kandydata na prezydenta? Białym supremacystom na pewno tak, ale to jest jednak mniejszość. Innym zwykłym białym – niekoniecznie… Gdyby to im przeszkadzało, to nie widziałabym przewagi białych na wiecach przedwyborczych Obamy, nie widziałabym tłumów białych ochotników przy kampanii Obamy. Kwestia nie w rasizmie, czy jego braku – ale w jaki sposób rasa może wpływnąć na ten niewielki procent, który zadecyduje o wyborze prezydenta?

I jeszcze jedna ciekawa rzecz – jeśli myślimy o kwestii rasy i etniczności w tych wyborach, to np. Sarah Palin zdaje się cieszy wielkim powodzeniem wśród młodych Azjato-Amerykanek… Ciekawe? Legalnie rezydujący w Stanach Latyno-Amerykanie tradycyjnie popierają republikanów i to im się może bardziej nie podobać Afro-Amerykanin startujący na prezydenta, niż np. białym. Polonia tradycyjnie pójdzie za republikaninem jak w dym, i może właśnie w tej mniejszości rasizm (nie rasa) będzie miał znaczenie przy wyborze, i to zwłaszcza dla najmłodszego polskiego wychodźctwa, które często ostentacyjnie obnosi się ze swoim rasizmem, w przeciwieństwie do wcześniejszej emigracji (co najmniej sprzed II wojny), które często myśli w kategoriach rasy, ale niekoniecznie rasizmu. Jewish-Americans, nie wszyscy, a przede wszystkim Ci związani z Izraelem, będą mieli wątpliwości, zwłaszcza ze względu na pantoflowe pomówienia Obamy o krypto-islam… Co samo w sobie jest ciekawe, bo Jewish-Americans tradycyjnie popierają demokratę; w tym roku może być inaczej.

I jeszcze jedno, o czym nie można zapomnieć – w ciągu ostatnich lat Stany miały dwóch Afro-Amerykańskich sekretarzy stanu – Colina Powella i Condoleezę Rice – obaj republikańscy. To są szczyty władzy cywilnej i militarnej. Jest w tej chwili kilku Afro-Amerykańskich gubernatorów. Ale znowu – na ile klasa dzieli rasę???

Charyzma Obamy wynika *także* z tego, że on nie jest ani biały, ani czarny… I to naprawdę fascynujące, jak go przedstawiają np. na plakatach lub rysunkach – z białą skórą i “czarnymi” włosami… Obama nie jest ani typowym Afro-Amerykaninem, bo wychowany przez białą matkę, dziadków, indonezyjskiego ojczyma, z nieobecnym ojcem z Afryki… Obama nie mówi jak czarni, ale jak biali. Takim jednoznacznym węzłem, który wiąże Obamę z Afro-Amerykanami jest Michelle i jej rodzina. Bo jego rodzina jest biała i azjacka… a imię i nazwisko – afrykańsko-muzułmańskie… A przede wszystkim – Obama jest kandydatem białej, wykształconej i miejskiej Ameryki…

I pytasz o to, na ile zwykły zjadacz chleba kieruje się argumentem politycznym… To w sumie pytanie o statystykę. Nie wiem. Wiem, że zwykli wyborcy, którzy chcą się zaangażować w rozmowę, rozmawiają zwykle wyłącznie o polityce, nawet jeśli najbardziej ich interesuje, czy kandydat sobie poradzi… Myślę, że polityka ma duże znaczenie.

Ale ma także znaczenie ta jakość polityki amerykańskiej, której ja – osoba ze wschodniej Europy czasów PRL-u i III RP nie mam wdrukowanej w podświadomość polityczną ;) – że oczekuje się od kandydata bardziej “wiedzy eksperymentalnej”, że udziela się kredytu politycznego zaufania na postawie doświadczenia i dorobku w załatwieniu ważnych spraw publicznych, a nie na podstawie populistycznych deklaracji, widzialności w mediach i retoryki, skandalu i sieci nieformalnych powiązań… Tutaj ludzie dzwonią do swoich posłów, piszą listy, i jeśli poseł olewa wyborców – to wyborcy w kolejnych wyborach olewają posła… Dlatego m.in. nie przeszedł bailout bill w pierwszym głosowaniu w Kongresie – bo wyborcy domagali się od swoich deputowanych głosowania przeciw… Ten system polityczny opiera się na takich relacjach i to, co nas może razić, np. taka “ludowość” Palin, tutaj jest wartością, bo znaczy: jest mądra, bo została gubernatorem. Dobrze rządzi, bo stan sobie świetnie radzi. A poza tym jest jedną z nas.

Intelektualizm, zwłaszcza taki bez odniesień praktycznych, stereotypowo oznacza tu rodzaj lenistwa duchowego i degeneracji… Bo czemu służy intelektualizm nie przekładający się na społeczne akcje, na progres społeczny? Oczywiście streszczam stereotyp…

P.S. Z tego m.in. wynikają różnice polskiej i amerykańskiej kultury akademickiej – amerykańska odpowiada na zapotrzebowania społeczne (nawet jeśli czasem sama je tworzy…). Polska akademia jest w większości konserwatywna, autoreferencyjna, unika mód, zamyka się w własnym światku i (zbyt) często tworzy abstrakcyjne koncepcje na wyrwanych motywach teoretycznych, w jęzku tak hermetycznym, że aż absurdalnym, który ma na celu chyba tylko uświadomienie biednej ofierze cudzej retoryki, że autor jest tak mądry, że szok: Przeczytał, wydumał, wypowiedział w meandrach… Myślę, że w Polsce poruszamy się w ramach ekstremów wyznaczonych z jednej strony przez hiper-specjalizację, a z drugiej – przez dyletancki w swoim braku dyscypliny erudytyzm, który robi wrażenie onanizmu intelektualnego… I najczęściej nie wnosi do naszego stanu wiedzy nic nowego. U nas ciągle przejdzie praca doktorska typu: “Jeszcze o ilości nitek we wstążce pieczęci księcia Bolka XVII-go Łysego w kontekście produkcji pergaminu w Saksonii i Czechach”…, albo: “Rola intuicji moralnej w rozwoju ludzkości”, o “Portrecie konia w poezji Staffa…” nie wspominając… ;) W Stanach na to nie byłoby pieniędzy…

Ciepło,


po debatach

3 październik 2008

Dwie debaty, cztery prezentacje. McCain/Palin – Obama/Biden. Wiedza, doświadczenie, urok osobisty, charyzma. Wszyscy kandydaci są bystrzy i na pewno wszyscy życzą dobrze swojemu krajowi i narodowi.

Po obu debatach jestem pewna jednego: jeśli wygra McCain i Palin to nie tyle będzie kontynuacja administracji Busha (choć będzie z pewnością kontynuacja tego, co Bush rozpoczął). To będzie powrót do zasad polityki Reagana – jeszcze większe uwolnienie rynku, jeszcze większe przywileje dla najbogatszych, a w polityce zagranicznej zasady schyłku zimnej wojny – polityka zaciśniętej pięści, sankcji, blokad, militarnych interwencji. Dyplomacja? Dziś Sarah Palin powiedziała, że “dzieli pasję do dyplomacji z Henry Kissingerem”… Jeśli wygra, to może jest szansa, że nauczy się od niego tej dyplomacji i pod koniec kadencji zacznie ją stosować… McCain wykłada swoje polityczne credo w kategoriach polityki Reagana. A Sarah Palin cytuje Reagana – żeby nie było żadnych wątpliwości, kto inspiruje parę republikańską.

Póki co, politycznym credo Sarah Palin jest John McCain. Palin jest niedoświadczona – i to nie jest pusty zarzut, niestety. Starałam się patrzeć na nią obiektywnie. Była perswazyjna, nie popełniła żadnej gafy, w kilku momentach robiła wrażenie, że recytuje dobrze wykutą lekcję na temat. Ale sami komentatorzy telewizyjni zauważyli, że kampania McCaina trzyma Palin z daleka od mediów i od lobbystów, w obawie, że powie coś głupiego. Ponieważ to jedyna debata wiceprezydencka – udało się. Nie powiedziała nic głupiego, ale nie powiedziała też nic mądrego. Po prostu mówiła. Poza pytaniem o energię na Alasce, nie była w stanie rzeczowo odpowiedzieć na żadne konkretne pytanie. Tak jak nie była w stanie odpowiedzieć dziennikarce na pytanie, z jakch dzienników czerpie wiadomości… Nie podała żadnego tytułu… Ale za to bardzo sprawnie mówi językiem czystej populistycznej ideologii, jak prosta osoba ze średnim wykształceniem, puszcza do widowni perskie oko, posyła uśmiechy chearleaderki, rzuca metaforami, które wartościują. Jednym słowem ma te wszystkie cechy, które zapewniłyby wielki sukces w sprzedaży w telewizyjnych sklepach. Jej barowy sex-appeal w zestawieniu ze starczym uporem McCaina (niestety…) mogą być perswazyjne.

Szanuję McCaina, bo to zasłużony polityk i uczciwy człowiek. I szczerze mówiąc byłam przerażona tym, jak wypadł w debacie z Obamą. Był zły, nie spojrzał na swego oponenta ani razu, a w argumentacji pokazał coś naprawdę niebezpiecznego – upór starca, który nie słucha, bo wie lepiej. Bo sam przeżył, bo on jeden zna właściwą drogę. Jeśli brak doświadczenia uważa się za problem Obamy i Palin, to przerost doświadczenia McCaina jest także problematyczny, może nawet w poważniejszy sposób. Jeśli George W. Bush nie słuchał doradców, bo jest intelektualnie leniwy (o czym mówią wszyscy analitycy), to jeśli wygra McCain jest duża szansa, że nowy prezydent nie będzie słuchał – bo będzie wiedział lepiej…

A Sarah Palin raczej nie wpłynie – tak jak zapowiada – na korektę poglądów swego szefa, bo jest zbyt niedoświadczona. Ta para prezydencka wygląda zresztą, jak już wcześniej pisałam, bardzo patriarchalnie: doświadczony ojciec i obiecująca córka. Faktem jednak jest, że ostatnio to Sarah Palin ściąga na wiece setki ludzi, a nie McCain. Wielu chce zobaczyć soccer mom life, a Sarah ma zdecydowanie więcej atutów, żeby być polityczną celebrity niż Hillary, a może i Obama. Palin pasuje do reprezentacji celebrity w brukowcach – i strzelanie oczami do kamery to tylko jeden z tych atutów.

Obama jakby ostatnio wyhamował. Joe Biden jest moim kandydatem. Ufam obu. I nie będę się na ich temat rozpisywać – bo najlepiej wejść na ich strony i zobaczyć samemu. Tworzą lepszą, bo bardziej kompetentną, parę prezydencką. Mają wizję na przyszłość, w przeciwieństwie do kontrkandydatów, którzy budują na doktrynach sprzed 30 lat. Z innego świata. I oby Obama i Biden wygrali.


kości zostały rzucone

1 październik 2008

„Pierwszej nocy po zakończeniu wojny, znalazłszy się w małym teatrzyku koło wielkich bulwarów, miejscu spotkań wesołej młodzieży z frontu i tyłów – zostałem olśniony zabawą, która wydała mi się kwintesencją ekscentryczności: bardzo elegancki chłopak, który stracił ramię na początku wojny, siedział – całkiem zalany – na galerii, zbrojny w kijek, który nie był niczym innym jak jego własną kością ramieniową; od czasu do czasu ciskał na salę nieszczęsną kość, którą widzowie odrzucali mu z powrotem, śmiejąc się do rozpuku, podobnie jak on sam.“

Michel Leiris, Wiek męski