Pytania Doszki sprowokowały (o co w sumie nietrudno…
dłuższą odpowiedź.
Doszka zapytała:
Pojawia się jedno pytanie – na ile zwykły zjadacz chleba, który chce głosować, kieruje się argumentami natury politycznej. Równie atrakcyjna, jak polityczna kompetencja i wizja kandydata, może być postać “osoby, takiej jak my”, która się nie zna, ale jest lepiej zrozumiała w swoich poglądach i decyzjach. Swojska-kobieta-Palin mnie osobiście przeraża, ale rozumiem, że wielu (nie z mojej bajki politycznej) może się podobać.
No i jest jeszcze pytanie o ukrywany rasizm, który ma jednak miejsce w Stanach (chyba). Czyli głosuję z powodu koloru skróry Obamy, ale deklaruję, że skóra nie ma nic do tego 
Btw, jak z argumentami gospodarczymi w wyścigu, bo wydawałoby się, to teraz powinien być topowy temat całej czwórki kandydujących
Od końca! 
Argument ekonomiczny jest i jest ważny. Zresztą był przez całą kampanię. A jego wpływ jest taki, że w tej chwili Obama wyprzedza McCaina. Bardzo uproszczona logika tego wyścigu jest taka: jeśli w gospodarce byłaby (a jest) katastrofa, to do przodu idą demokraci, którzy swoją kampanię konsekwentnie budują na kwestiach ekonomicznych; gdyby doszło do jakiejś wojenno-iracko-terrorystycznej katastrofy – do przodu idzie McCain. Wiemy to.
McCain buduje swój prezydencki image wokół swojego kombatanctwa. Ostatnio widziałam w telewizji jego spoty wyborcze, z żołnierzami, polem bitwy itp. i orzeczeniem, że Obama nie jest gotowy, żeby prowadzić naród.
W tej parze prezydenckiej to Palin, z jej profilem zwykłej kobiety, matki, żony, gubernatorki (jak gospodyni domowej) reprezentuje ekonomiczne niepokoje Ameryki. I jako panaceum sprzedaje wolnorynkowe pomysły McCaina. Trudno chyba Amerykanom uwierzyć, że milioner McCain z jego 7-ma domami i 13 samochodami cierpi to samo, co Main Street…
Pytasz o rasę. To jest wielki znak zapytania. I myślę, że też czasami średnio rozumiemy w Polsce, jak działa rasa w Stanach. Myślę, że warto wyjść od jednej rzeczy: w Stanach jest kwestia rasy i jest kwestia rasizmu. Nie każdy, kto mówi o rasie, kto bierze rasę za punkt wyjścia do budowania tożsamości grupowej czy indywidualnej uprawia rasizm. Rasa jest używana w Stanach w różny sposób – dyskryminująco i afirmująco. Tak samo jak etniczność. Na to nakłada się oczywiście kwestia przełożenia rasy/etniczności na dystrybucję władzy i środków finansowych…
Wielu Afro-Amerykanów, zwłaszcza tych z klasy średniej i wyższej klasy średniej (nie znosze tych etykietek, ale trudno się bez nich odejść…), buduje swoją tożsamość na rasie, tak jak biali w większości na etniczności. Ale to jest kwestia wyboru, strategii, skomplikowanych kwestii w społeczeństwie multirasowym i multietnicznym. Te kwestie wychodzą zbyt daleko za to o czym rozmawiamy, ale chętnie bym pogadała o tym w innym miejscu. 
Ja postawiłabym pytanie tak: czy “zwykłemu białemu” Amerykaninowi przeszkadza kolor skóry kandydata na prezydenta? Białym supremacystom na pewno tak, ale to jest jednak mniejszość. Innym zwykłym białym – niekoniecznie… Gdyby to im przeszkadzało, to nie widziałabym przewagi białych na wiecach przedwyborczych Obamy, nie widziałabym tłumów białych ochotników przy kampanii Obamy. Kwestia nie w rasizmie, czy jego braku – ale w jaki sposób rasa może wpływnąć na ten niewielki procent, który zadecyduje o wyborze prezydenta?
I jeszcze jedna ciekawa rzecz – jeśli myślimy o kwestii rasy i etniczności w tych wyborach, to np. Sarah Palin zdaje się cieszy wielkim powodzeniem wśród młodych Azjato-Amerykanek… Ciekawe? Legalnie rezydujący w Stanach Latyno-Amerykanie tradycyjnie popierają republikanów i to im się może bardziej nie podobać Afro-Amerykanin startujący na prezydenta, niż np. białym. Polonia tradycyjnie pójdzie za republikaninem jak w dym, i może właśnie w tej mniejszości rasizm (nie rasa) będzie miał znaczenie przy wyborze, i to zwłaszcza dla najmłodszego polskiego wychodźctwa, które często ostentacyjnie obnosi się ze swoim rasizmem, w przeciwieństwie do wcześniejszej emigracji (co najmniej sprzed II wojny), które często myśli w kategoriach rasy, ale niekoniecznie rasizmu. Jewish-Americans, nie wszyscy, a przede wszystkim Ci związani z Izraelem, będą mieli wątpliwości, zwłaszcza ze względu na pantoflowe pomówienia Obamy o krypto-islam… Co samo w sobie jest ciekawe, bo Jewish-Americans tradycyjnie popierają demokratę; w tym roku może być inaczej.
I jeszcze jedno, o czym nie można zapomnieć – w ciągu ostatnich lat Stany miały dwóch Afro-Amerykańskich sekretarzy stanu – Colina Powella i Condoleezę Rice – obaj republikańscy. To są szczyty władzy cywilnej i militarnej. Jest w tej chwili kilku Afro-Amerykańskich gubernatorów. Ale znowu – na ile klasa dzieli rasę???
Charyzma Obamy wynika *także* z tego, że on nie jest ani biały, ani czarny… I to naprawdę fascynujące, jak go przedstawiają np. na plakatach lub rysunkach – z białą skórą i “czarnymi” włosami… Obama nie jest ani typowym Afro-Amerykaninem, bo wychowany przez białą matkę, dziadków, indonezyjskiego ojczyma, z nieobecnym ojcem z Afryki… Obama nie mówi jak czarni, ale jak biali. Takim jednoznacznym węzłem, który wiąże Obamę z Afro-Amerykanami jest Michelle i jej rodzina. Bo jego rodzina jest biała i azjacka… a imię i nazwisko – afrykańsko-muzułmańskie… A przede wszystkim – Obama jest kandydatem białej, wykształconej i miejskiej Ameryki…
I pytasz o to, na ile zwykły zjadacz chleba kieruje się argumentem politycznym… To w sumie pytanie o statystykę. Nie wiem. Wiem, że zwykli wyborcy, którzy chcą się zaangażować w rozmowę, rozmawiają zwykle wyłącznie o polityce, nawet jeśli najbardziej ich interesuje, czy kandydat sobie poradzi… Myślę, że polityka ma duże znaczenie.
Ale ma także znaczenie ta jakość polityki amerykańskiej, której ja – osoba ze wschodniej Europy czasów PRL-u i III RP nie mam wdrukowanej w podświadomość polityczną
– że oczekuje się od kandydata bardziej “wiedzy eksperymentalnej”, że udziela się kredytu politycznego zaufania na postawie doświadczenia i dorobku w załatwieniu ważnych spraw publicznych, a nie na podstawie populistycznych deklaracji, widzialności w mediach i retoryki, skandalu i sieci nieformalnych powiązań… Tutaj ludzie dzwonią do swoich posłów, piszą listy, i jeśli poseł olewa wyborców – to wyborcy w kolejnych wyborach olewają posła… Dlatego m.in. nie przeszedł bailout bill w pierwszym głosowaniu w Kongresie – bo wyborcy domagali się od swoich deputowanych głosowania przeciw… Ten system polityczny opiera się na takich relacjach i to, co nas może razić, np. taka “ludowość” Palin, tutaj jest wartością, bo znaczy: jest mądra, bo została gubernatorem. Dobrze rządzi, bo stan sobie świetnie radzi. A poza tym jest jedną z nas.
Intelektualizm, zwłaszcza taki bez odniesień praktycznych, stereotypowo oznacza tu rodzaj lenistwa duchowego i degeneracji… Bo czemu służy intelektualizm nie przekładający się na społeczne akcje, na progres społeczny? Oczywiście streszczam stereotyp…
P.S. Z tego m.in. wynikają różnice polskiej i amerykańskiej kultury akademickiej – amerykańska odpowiada na zapotrzebowania społeczne (nawet jeśli czasem sama je tworzy…). Polska akademia jest w większości konserwatywna, autoreferencyjna, unika mód, zamyka się w własnym światku i (zbyt) często tworzy abstrakcyjne koncepcje na wyrwanych motywach teoretycznych, w jęzku tak hermetycznym, że aż absurdalnym, który ma na celu chyba tylko uświadomienie biednej ofierze cudzej retoryki, że autor jest tak mądry, że szok: Przeczytał, wydumał, wypowiedział w meandrach… Myślę, że w Polsce poruszamy się w ramach ekstremów wyznaczonych z jednej strony przez hiper-specjalizację, a z drugiej – przez dyletancki w swoim braku dyscypliny erudytyzm, który robi wrażenie onanizmu intelektualnego… I najczęściej nie wnosi do naszego stanu wiedzy nic nowego. U nas ciągle przejdzie praca doktorska typu: “Jeszcze o ilości nitek we wstążce pieczęci księcia Bolka XVII-go Łysego w kontekście produkcji pergaminu w Saksonii i Czechach”…, albo: “Rola intuicji moralnej w rozwoju ludzkości”, o “Portrecie konia w poezji Staffa…” nie wspominając…
W Stanach na to nie byłoby pieniędzy…
Ciepło,