Zmieniłam zdanie. Zrobię Wam oddzielną stronę, a nie post.
K. Dunin i in vitro, czyli dialogi bioetyczne
29 lipiec 2009Powstanie Warszawskie – o lękach, estetyce i polityce
29 lipiec 2009Tekst Krzysztofa Vargi Od “Kanału” do “Hardcoru” o tym, jak popkultura zawłaszcza Powstanie Warszawskie. Krzysztof Varga ma ambiwalentne uczucia. Też miewam, kiedy widzę kicz. Tyle, że filmu Tomasza Bagińskiego jeszcze nie ma. Być może to będzie kicz, tak jak “Tytus, Romek i Atomek w Powstaniu…” – zdaniem Vargi. A być może nie.
Zastanawiam się natomiast, o co Vardze chodzi? Czy o poziom artystyczny wypowiedzi o Powstaniu? Jeśli tak, to wtedy niepokoiłoby go przesunięcie tematu powstania z tzw. kultury wysokiej do tzw. kultury niskiej (Wajda a Bagiński). Ale czy robienie takich rozróżnień w dzisiejszych czasach ma sens? Przekonują mnie Ci badacze kultury, którzy mówią, że nie.
Czy chodzi Vardze o trywializowanie świętości narodowej? Jeśli tak, to o to, kto ma prawo do celebrowania narodowego zrywu i o nim pamięci. Jeśli tak, to o kwestię polityki kulturalnej. I tego, kto i w jaki sposób powinien stać na jej straży, mieć w pieczy, etc. Czyli: kontrolować.
Rozumiem niepokoje Vargi. Ale jestem przekonana, że potrafiłby swoje obawy wyrazić w jaśniejszy sposób.Tyle, że nie chce. Gdyby zechciał, to pewnie sam by sobie odpowiedział na własne ambiwalencje. Pewnie zresztą tę odpowiedź zna, a napisał kawałek z intencją “prowokowania myśli”. No i sprowokował…
Sprowokował do zastanowienia, czy tak bardzo powinniśmy się obawiać tego, że nam popkultura zawłaszczy świętości narodowe,czytaj: zrzuci je z ołtarza, zdesakralizuje? Ale nie chcę wchodzić w te jałowe dywagacje nad kulturą pop i wysoką.
W zaawansowanym kapitalizmie przeszłość, i pamięć, i historia, i dziedzictwo narodowe stały się przedmiotami wymiany handlowej: jeśli jest nabywca, to jest i towar. [*nie piszę, że: w postmodernizmie, bo ten termin tak się u nas strywializował, że zwykle nie wiadomo o czym się pisze, gdy się go używa.] Ta sama komercjalizacja spotkała także religię, jeśli już w kategoriach sacrum… I nie będę tu przywoływać teorii, ale przykłady z życia: wystarczy policzyć rozmaite stowarzyszenia, fundacje, instytucje kulturowe, które zacięcie walczą o tzw. środki na realizację programów kulturowo-oświatowych, które deklaruję opiekę nad dziedzictwem, wdrażanie do wartości obywatelskich, patriotycznych i innych. Są na to granty, fundusze, dotacje. Z instytucji lokalnych, państwowych, unijnych, wszechświatowych. Zwykły mechanizm rynkowy. I ideologiczny. Walczyliśmy o demokrację i kapitalizm. To mamy. Kultura to biznes. Niby się zgadzamy, bo kapitalizm/demokracja. A niby jednak nie…
A żeby było jeszcze bardziej ambiwalentnie: i wysokie “upopowienie” pamięci o Powstaniu, i trywializacja religijnego sacrum to kulturowy spadek po PRL-u…
Ale jest też inna warstwa obaw Vargi. Coś, co majaczy pod jego podziwem dla patriotyzmu kibiców Legii i chłopców, którzy noszą koszulki z Powstaniem Warszawskim, lub niewidzialnej ręki, która pisze na murach, że “Pamiętamy 1944″. Varga pisze, że “Wzrusza mnie to, przejmuje, ale też jakoś niepokoi.” Ale nie pisze, dlaczego. Choć wie.
Wie, bo rozumie (jestem pewna) jak łatwo w retoryce i estetyce powstańczej przejść od pamięci o powstaniu do jego pastiszu. Zamienić hasło “Pamiętamy 1944″ na “Pomścimy 1944″. A to już zupełnie zmienia postać rzeczy. Pamięć o Powstaniu, niewypowiedzianym zdaniem Vargi, powinna pozostać święta, adorowana, celebrowana, ale… po ‘katolicku’, to znaczy: pod kontrolą elit, odsunięta ‘od ludu’. Mediowana, bo ‘lud’ może ją opacznie zrozumieć, opacznie zinterpretować. Wreszcie – opacznie użyć. Można sobie bowiem wyobrazić, że pamięć o Powstaniu posłuży jako ideologia agresji, rewanżu, kryminału nienawiści. Jednak z drugiej strony, czy można kryminalizować patriotów, którzy czczą Powstanie?
Jestem pewna, że Vargę wzruszają, a jednocześnie niepokoją zajęcia dla przedszkolaków w salce Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie pięcio- i sześciolatki rzucają z barykad koktajle Mołotowa na “Niemców” i rysują ucieczki kanałami. Tak samo i mnie. Bo ten nacjonalistyczny imprinting, choć kontrolowany, zdaje się bardzo niebezpieczny. Uczenie przez doświadczenie. Przez traumatyzowanie. Niekontrolowane efekty takiego wdrukowania… mogą wybuchnąć, jak ten koktail Mołotowa, który przedszkolaki rzucają w Niemców. Bo dla wyrośniętego przedszkolaka nauczonego bronić swojego domu butelkami z benzyną, ‘Niemiec’ bywa chyba dość pojemną kategorią…
I raczej tego się pewnie Varga obawia, a zawłaszczenie Powstania przez pop-kulturę to taka metonimia. Bowiem jedno zawłaszczenie Vardze się podoba (Wajda/Lao Che), a inne nie… Obawia się tego, że politycznie ‘niepewni’ zawłaszczą tę pamięć do swego, na sposób radykalny pojętego patriotyzmu. Jego niepokój wynika więc ze zbytniej demokratyzacji pamięci o powstaniu, która może wymknąć się spod politycznej kontroli, i w ten sposób się ‘wypaczyć’. A więc kwestia jest polityczna, a nie estetyczna. Kto powinien stać na straży pamięci o Powstaniu? Uświadomione elity, oczywiście. A to z znowu niezbyt demokratyczne hasło, choć bliskie pewnym elitom. Jasne, że zawsze można powiedzieć, żeśmy, jako naród, jeszcze nie dojrzeli, że potrzebujemy świeckiego, inteligenckiego duszpasterza… A wszak ‘niedojrzali’ jesteśmy od zawsze.
Osobiście jestem bardzo ciekawa, jak długo potrwa to zainteresowanie Powstaniem Warszawskim w kulturowej pop-pamięci. I co się ostatecznie stanie z tą pamięcią made in 1990s i 2000s. Bo historii się nie zmieni: co się stało, to się nie odstanie. Ale znając nasze gusta, będziemy deliberować nad tym, czy trzeba było, czy nie, aż do końca świata. Jałowo, lecz z pasją. Wyda się setki nowych książek, nakręci filmy, przeprowadzi wywiady, wypromuje doktorów, zada miliony prac domowych i klasówek na ten temat. A temat wyczerpie się sam pewnie z czasem. Niewielu się bowiem dzisiaj zastanawia, czy Dymitriady miały sens. Choć może powinni?
profesorzy, kryminaliści i złe matki
25 lipiec 2009Sprawa harvardzkiego profesora Henry Loius Gates’a Jr. Jak piszą gazety, i mają rację, jednego z najsłynniejszych historyków afro-amerykańskich i Afro-Ameryki. Gates to intelektualna elita tego kraju. Ale jak się okazało w ostatnich dniach – nie tak zupełnie do końca…
Czytając newsy o tym, że Gates nawciskał policjantowi, że został aresztowany, że Harvard zareagował, oczekiwałam listów protestacyjnych środowisk akademickich, ale nie przypuszczałam, że wyjdzie z tego większa afera. O co chodzi?
Po powrocie z podróży biznesowej do swojej rezydencji w Cambridge, Mass., Gates zastał wyłamane drzwi. Zdenerwował się, jak pewnie każdy w takiej sytuacji. Wezwany patrol policji zaczął go legitymować, bo miał podejrzenia, że sam właściciel jest włamywaczem. Czy czarny mężczyzna może być właścicielem *takiego* domu? Rutynowe działanie policji doprowadziło Gates’a do wściekłości. Doprowadziłoby wielu w podobnych okolicznościach. Co oczywiście nie jest ani usprawiedliwieniem, ani wytłumaczeniem. Gates napyskował policjantowi, zarzucając mu rasizm. Policjant aresztował go za stwarzanie problemów proceduralnych. Gates trafił do aresztu i zrobili mu kartotekę. Po czym wypuścili – w wyniku interwencji władz uniwersytetu. Wyszedł skandal. I choć wycofano zarzuty przeciw Gates’owi, ten zażądał przeprosin od policjanta. Policjant odmówił, a policyjne związki zawodowe go poparły.
Dwa dni temu prezydent Obama skomentował akcję policji przeciwko Gates’owi, jak “głupią”. Pierwsza medialna pomyłka Obamy. Wycofał się z tego. Wyszło głupio.
Gates’owi z pewnością puściły nerwy. Ale czy przesadził zarzucając policjantowi, że ten nie wierzy jego słowu, bo jest “czarnym w Ameryce”? Wywiady z innymi afro-amerykańskimi uczonymi potwierdzają, że wielu spośród nich miało podobne problemy. Komentatorzy podkreślają, że choć Gates’a poniosło, to jednak powszechna praktyka rasowej charakterystki obywateli nie tylko utwierdza stereotypy, ale przekłada je na normy proceduralne np. w praktykach policyjnych. Faktem jest, że trudno sobie wyobrazić policjanta wypytującego *białego* 50-latka na progu jego rezydencji, czy to aby napewno jego dom… To się rozumie samo przez się. Ci, którzy wpisują w rubrykę rasa: “Caucasian”, zwykle nie mają takiego problemu. [* Nie zapomnę, jak pierwsze razy musiałam wpisać swoją rasę w formularze. Nie spodziewałam się takiego pytania. To był odruch. Po prostu nie wiedziałam, co wpisać, choć teoretycznie wiedziałam. Spojrzałam na urzędniczkę i zaptałam ją:" - To co mam tu zaznaczyć?" Czym ją głęboko zażenowałam. "Caucasian" - odpowiedziała." - Albo nie wpisuj nic."].
Nie będę pisać o tym, w jaki sposób – nadal – wprowadzenie się czarnej rodziny na jakieś “lepsze” osiedle zaniża wartości posesji jej sąsiadów, bo to z grubsza biorąc wiadomo. Może dlatego sierżant nie zrozumiał? Z drugiej strony procedury są, jakie są, i Gates zrobił głupio, że nie podał policjantowi prawa jazdy. Bez nerwowego komentarza. Pewnie powinien był przemilczeć. Nie przemilczał. Trafił do aresztu. Bo prawo jest prawem.
Inny aspekt tej sprawy, to problematyczność stosunku “normalnych obywateli” do elit intelektualnych. “Normalni obywatele” podziwiają elity finansowe, bowiem bogactwo jest miarą sukcesu. Jasne. [* choć w świetle aktualnego kryzysu i to się radykalnie zmienia.] Natomiast z tzw. elitą intelektualną są problemy. Nie chcę tu powtarzać stereotypu, że Amerykanie są anty-intelektualni. Z perspektywy miar i wag europejskiego społecznego prestiżu – z pewnością tak. W Polsce profesor akademicki to nadal jedna z profesji otaczanych największym szacunkiem społecznym (i Bóg mi świadkiem, zupełnie nie rozumiem dlaczego). Uczeni w Stanach pracują znacznie ciężej i intelektualnie bardziej twórczo, niż ich koledzy w innych krajach, nie wyłączając Polski, lecz tak wysokiego prestiżu się nie dosłużyli. Dlaczego? Być może ze względu na ideologię równościową, która przytępia autorytet eksperta, jeśli jego/jej ekspertyza nie ma bezpośredniej wartości utylitarnej? [*Ta bezpośredenia wartość jest także jakże względna... Polski podatnik bez szemrania co roku funduje badania i wydania intelektualnych gniotów na tematy tak abstrakcyjne, że czasami szczęka opada... Tu nawet humanistyka stara się być utlitarna, jeśli chce być konkurencyjna. Ale to już różnica kulturowa - i różnica w polityce wydawania publicznych pieniędzy.] Być może ze względu na to, że w społeczeństwie amerykańskim (protestanckim i multikulturowym) podejrzliwie patrzy się na wszelkiego rodzaju arystokrację – także i tę “duchową”? I, przyznaję, że jest w tym jakiś sens. Ale są też efekty uboczne, niezbyt miłe właśnie dla tej intelektuanych środowisk.
Bo bywa w takim podejściu także sporo zwykłego resentymentu. Kilka dni przed sprawą Gates’a czytałam artykuł o sprawie sądowej wytoczonej profesorce literatury angielskiej bodajże w Montanie, matce trojga dzieci, za to, że zaniedbała swoje obowiązki rodzicielskie, pozostawiając grupę dzieci w domu handlowym tylko pod opieką 12-latki i z telefonem komórkowym. Komentarz autorki artykułu nie dotyczył tego, czy zaniedbano, czy też nie, obowiązki opieki nad dziećmi, ale w jaki sposób policja i sędzina zareagowali na fakt, że *matka* jest *profesorką uniwersytecką*. A zareagowali bardzo nieładnie, łącznie z kwestionowaniem autorytetu matki przed dziećmi, właśnie ze względu na jej profesję – myśli, że jest taka mądra, a zachowuje się patologicznie wobec własnych dzieci. I trzeba jej to udowodnić… i zmusić do publicznego wyznania winy – tak, jestem złą matką…
Czy sprawa Gates’a będzie miała głębsze konsekwencje, czas pokaże. Gates’a poniosło. Nie poniosło matki-profesorki z Montany, która podczas przesłuchań i w sądzie nie odzywała się – mądrze – ani słowem, zostawiając to swojemu adwokatowi. Pozostaje pytanie o granice milczenia i o granice wiktymizacji.
o przemocy seksualnej, odszkodowaniu i azylu
15 lipiec 2009Z niedawnej prasówki dwa teksty ułożyły mi się obok siebie:
Wyborcza: Fakt zapłaci 250 tys. za zdjęcie ofiary gwałtu i the New York Times: U.S. Opens Path to Asylum for Victims of Sexual Abuse.
Pierwszy tekst – o skandalu. To, co zrobił Fakt, to gwałt medialny na nieletniej. Bez cudzysłowiu. Trudno nawet sobie wyobrazić, co miał w głowie autor/autorzy tekstu i redaktorzy. Czy pieniądze tu załatwią sprawę? Nie powinno się skończyć tylko na odszkodowaniu. Moim zdaniem autor pomysłu zamieszczenia zdjęcia powinien zostać poddany obserwacji psychiatrycznej a jego prawa wykonywania zawodu zawieszone do czasu wyjaśnienia jego stosunku do etyki zawodowej. A redaktor, który dopuścił to do druku, powinien zostać pozbawiony praw wykonywania zawodu i powinien zostać skazany bez zawieszenia. Zostały tu złamane prawa człowieka – prawo ofiaru gwałtu do ochrony prywatności, wykorzystanie wizerunku ofiary w celach komercyjnych, a także symboliczny powtórny gwałt medialny.
Drugi tekst – o propozycji przyznawania azylu w USA ofiarom przemocy seksualnej i domowej. Co ciekawe, ubiegająca/cy się o status musi wykazać, że jest traktowana jako istota podrzędna przez agresora, a także musi wykazać, że tego typu przemoc jest szeroko tolerowana w jej/jego kraju. Czyli chodzi tu o możliwość ubiegania się o azyl na gruncie łamania praw człowieka. Czyli o to, że praktyki i instytucje społeczno-kulturowe potwierdzające nierówność relacji płci mogą stać się potencjalnymi przestępstwami przeciwko prawom człowieka. Takie propozycje mogą stworzyć ciekawe pole do dyskusji nad prawną determinacją tego, co jest i może być tolerowane a co nie, w kontekście przemocy seksualnej, kulturowo akceptowalnej nierówności płci i praw człowieka.
Jak się cała sprawa zakończy – czas pokaże. Gdyby takie regulacje weszły w życie, to w grę wchodziłyby nie tylko kobiety-ofiary, ale i ofiary przemocy homoseksualnej, a także dzieci-ofiary pedofilii. I mężczyźni – ofiary swoich żon – teoretycznie także, choć udowodnić, że przemoc seksualna lub domowa kobiety wobec mężczyzny jest uważana w jakimś społeczeństwie za normę kulturową byłoby chyba dosyć trudno…
Gdy myślimy o krajach, z których mogą pochodzić potencjalne azylantki/ci, niemal odruchowo nasuwa się myśl o krajach tzw. Trzeciego Świata: Indie, Chiny, kraje muzułmańskie, afrykańskie, latynoskie. W tym kontekście przypominają mi się opowieści morderstwach żon za posag (bride burning), o których słyszałam od moich przyjaciół z Indii. W jednej opowieści, po nieudanej próbie morderstwa poparzona kuzynka mojej przyjaciółki została zastraszona w szpitalu przez męża i teściową, że jeśli pójdzie z tym na policję to z pewnością ją zabiją. Spalili ją w kuchni bez denuncjacji na policję, w kilka miesięcy po jej wyjściu ze szpitala.
Ale sprawa bynajmniej nie jest oczywista – “kraj” to nie “państwo”. Określenie kraju może przekładać się na praktyki regionalne, na praktyki w konkretnych społecznościach. A jeśli tak, to wiele krajów ze światów z wyższą numeracją może stanąć na cenzurowanym. I z pewnością autorzy tych propozycji prawnych z ekipy Obamy zdają sobie z tego sprawę. Stosunkowo niedawny skandal z farmą mormonów w Teksasie jest przykładem tego, że konflikt pomiędzy praktykami religijno-społecznymi, a prawami człowieka może być szalenie skomplikowany – i zdarzać się u sąsiadów za płotem. Jak pogodzić taki projekt z tolerancją multikulturalizmu? Przez wyznaczenie linii takiej tolerancji, do której służy koncepcja praw człowieka i wpisana w nią zasada równości płci.
Tak czy inaczej, ta regulacja może mieć interesujące skutki w kontekście przemocy domowej i seksualnej w samych Stanach i innych państwach. W tej chwili średnia kara za gwałt w USA to 12 lat, w południowych stanach nawet kara śmierci (w dużej mierze jest to scheda po południowym rasizmie). W Polsce karą za gwałt jest od 2 do 12 lat. Wniosek o tym, że w Polsce gwałt jest uważany za przestępstwo o mniejszej szkodliwości społecznej jakoś nasuwa się sam. Ale może błędnie. Może lepiej wytłumaczyć, że więzienia są przepełnione, a gwałty często prowokowane? Może.
pewien zaskroniec w Krakowie…
7 lipiec 2009… na przełomie wieków:
“Janka bardzo go lubiła; owijał się jej koło szyi i tak sobie po mieszkaniu chodzili. Gnieździł się chyba w krzewie klematisu, zawsze go tam widywałam. Ten krzew był rozpięty pod oknem pokoju muzycznego. Pamiętam naszego zaskrońca, jak siedział zwinięty, z wyciągniętą szyją, zupełnie jak na emblemacie wiedzy farmakologicznej [...]. Pił mleko z miseczki i zjadał małe żaby.”
Kazimiera Treterowa, Reportaż z mojego życia
kształty i koty
3 lipiec 2009circa 1900
„Gdy przychodzili do nas goście i całe towarzystwo siedziało przy stole, jakimś sposobem wkręcałam się pod stół i tam szpilką do kapelusza (nosiło się szalenie długie) raziłam gości w siedzenie poprzez tonetowską plecionkę krzesła. [...]
Mieszkaliśmy z ciocią, siostrą matki. Była to bardzo przystojna młoda panna. Miała bardzo ładną figurę z wydatnym biustem, podkreślonym gorsetem, który podnosił piersi do takiej wysokości, że nasz kotek sypiał tam u cioci Reni jak na żywym materacu. Jak to często bywało, pan Rybczyński siedział często wieczorem z rodziną przy stole. Tymczasem ja w drugim pokoju porwałam stary gorset mamy, włożyłam go na siebie i wsadziłam sobie jeden jasiek z przodu, drugi z tyłu. Tak powypychana weszłam do jadalni mówiąc: “Ciocia Renia tak zawsze robi”, podczas gdy ciocia swoją obfitość kształtów zawdzięczała wyłącznie naturze. – Ciocia stanęła w pąsach.”
Kazimiera Treterowa. Reportaż z mojego życia
Opublikował/a blogali
Opublikował/a blogali
Opublikował/a blogali