patriarchini Sarah P.

11 wrzesień 2008

Moje zdanie o Sarah Palin– Cóż. Moje zdanie jest takie, że John McCain i Sarah Palin mają ogromne szanse wygrać wybory. I jest to smutne. Najwidoczniej dwa razy do tej samej rzeki nie da się wejść i Ameryka z początku XXI wieku nie jest Ameryką z lat 60-tych wieku XX-go. Większość Amerykanów jest konserwatywna. Wielu jest aktywnie konserwatywnych: nigdzie nie widziałam tak wielu fanatyków politycznych czy religijnych jak w Stanach. Jest oczywiście całkiem spora grupa liberałów czy lewicowców, ale to nie większość. I bez radykalnej reformy systemu oświaty, której republikanie oczywiście nie zrobią, procentkonserwatystów wobec liberałów będzie wzrastał. Podziały polityczno-światopoglądowe biegną w Ameryce wg kategorii wykształcenia i miejsca zamieszkania (wybrzeża v. heartland; metropolie v. miasteczka; Południe v. Północ już nie ma takiego znaczenia jak kiedyś, bo Północ jest w wielu miejscach ie mniej konserwatywna niż Południe). Rozbuchany nacjonalizm ery Busha zrobił swoje. Próby Obamy, żeby w tej elekcji dominowały kwestie ekonomiczne (kryzys, który wszyscy odczuwają) spełzają na niczym, bo republikanie i ich elektorat chcą słuszeć o wartościach, a nie o problemach; chcą afirmować własną tożsamość, która obsuwa się ekonomicznie, ale właśnie dlatego ideologicznie ma się bardzo dobrze. Nawet, jeśli wartości są już potwornie zużyte i przeżyte.

A Sarah Palin– Sarah Palin jest wytrawnym politykiem. Jej nominacja była doskonałym zabiegiem ze strony republikanów. Czy Sarah Palin odbierze elektorat Hillary Clinton? Nie sądzę. Na Sarah Palin będą głosowały te kobiety, które i tak głosowałyby na McCain’a albo te, które i tak nie głosowałyby na Obamę. Hillary jest pro-choice. Palin jest najbardziej prolajferską prolajferką. Hillary to polityczny establishment. Palin ma reputację outsidera. Hillary w istocie nie startowała w tych wyborach jako kobieta, ale jako “I, Hillary Rodham Clinton”. Sarah Palin startuje jako “superkobieta” – matka, wkrótce babka, córka, żona, itd. Na Sarah Palin będą głosowały słabo wykształcone gospodynie domowe, matki wielu dzieci, aktywistki religijne. A to całkiem spory elektorat. Tym osobom podoba się, że Sarah Palin wierzy w każde słowo Biblii, że jest matką pięciorga dzieci, że jej mąż jest budowlańcem, że jej brat jest w wojsku, że jej nieletnia córka jest w ciąży i niebawem wyjdzie za mąż za nieletniego ojca swego dziecka. Z Sarah Palin utożsamiają się miliony kobiet, które nigdy nie miały feministycznych ambicji. I co najważniejsze, Sarah Palin dała alternatywę tym, którzy nie chcieli głosować na McCaina ze względu na jego pro-Bushizm, a nie przyznawali się wprost, że na Afro-Amerykanina głosować po prostu nie będą. Z tego wynika część ekscytacji z Sarah Palin – “normalnej kobiety”, “jednej z nas”. Jeśli ktoś to nazwie triumfem przeciętności – to też będzie miał rację. Sarah Palin wygrywa właśnie dlatego, że jest przeciętna.

I, last but not least, Palin daje ludzką twarz kandydaturze McCain’a, usuwając w cień Cindarellę McCain, o image’u podstarzałej lalki Barbie ze spojrzeniem bazyliszka. Sarah Palin wygląda jak entuzjastyczna i ludzka córka prezydenta-patriarchy. Ładnie to wygląda. Rezonuje z wartościami.

Jeśli ktoś śledzi rozwój historii kobiet, to zauważy, że całkiem niedawno zaczęto badać udział kobiet w konserwatywnych i prawicowych ruchach politycznych i społecznych. Przez kilka dekad panowało poczucie, utwierdzone praktyką naukową, że kobiety, jako grupa opresjonowana, naturalnie skłaniają się w kierunku aliansów politycznych z lewicą. A tak nie jest. I nigdy nie było. Wielu kobietom patriarchat bynajmniej nie przeszkadza – i cóż w tym dziwnego? Wiele kobiet robi fenomenalne kariery nawet a radykalnie patriarchalnych i mizoginicznych środowiskach. Ba, wiele kobiet robi olśniewające kariery wypływając na hasłach mizoginicznych! Czy nie znamy tego z własnego podwórka?

Oczywiście, nie byłoby Sarah Palin, gdyby nie było Hillary Clinton. I nie byłoby Hillary Clinton, gdyby nie było Condoleezy Rice. A nie byłoby Condi Rice, gdyby nie Madelene Albright. A Madlene Albright – gdyby nie Margaret Thatcher. I tak można do Ewy, ale nie o to chodzi. Amerykanie nazwą to “progresem”. I pewnie będą mieli racją. Ameryka będzie miała przed sobą kolejne 4, a może 8 lat załamania gospodarczego, głupich wojen, drenowania kieszeni tzw. średniej klasy, która jest już bardzo średnią klasa i jeszcze głupszej rozrywki. Na dziś jestem pesymistką. Jeśli wygrają republikanie, a na to wygląda, to Ameryka zaczęła się kończyć po Clintonie i jest na równi pochyłej. Czy to dobrze, czy źle dla układu globalnego? Zobaczymy. W każdym razie jest duża szansa, że następną amerykańską VP będzie kobieta, która zrobi wszystko co w jej mocy, żeby kobiety wróciły na swoje właściwe miejsce…

P.S. Słyszałam opinie, że za tak silną pozycję republikanów odpowiedzialna jest właśnie maszyneria Clintonów, którzy w czasie kadencji Billa pociągnęli Partię Demokratyczną tak bardzo na prawo, jak tylko mogli. W efekcie trudno czasami dostrzec różnice pomiędzy liberalnymi konserwatystami a centrowymi liberałami. A gdy ma się dwie takie opcje do wyboru, to się wybiera tego na prawo – bo bezpieczniej.

A teraz napiszę coś bardzo political fiction. Jeśli Barack przegra, to chciałabym (tak jak wielu), żeby skapitalizował “Obabamanię” i założył nową partię polityczną. Jego program wyborczy brzmi w istocie socjalistycznie. Jeśli Obama przegra, to może dłużej pożyje… Więc, paradoksalnie, może w ten sposób będzie mógł dokonać większej zmiany, tak jak chce on i wielu Amerykanów?

Rozbuchany patriotyzm-nacjonalizm za McCaina i Palin byłby nie mniej żarliwy, jak za Busha. A Amerykanie muszą, jak się zdaje, jeszcze bardziej dostać w tyłek ekonomicznie, żeby się ocknąć. Co się wówczas stanie? Czy stworzy się miejsce na nową patrię, która ma lewicowy program? Być może. Niestety, historia pokazuje, że w takich wypadkach wzmacniają się też stronnictwa radykalno-prawicowe… Z wyborów na wybory widać coraz bardziej, jak Ameryka się wewnętrznie polaryzuje. I to jest niebezpieczne. I dla Ameryki, i dla świata.


kobiecość, czyli konsumowanie

9 wrzesień 2008

W internetowym “Focusie” znalazłam tekst (kuriozalny? niesprawiedliwy? płytki? pornograficzno-polityczny? a może po prostu niedorobiony? nie mogę znaleźć odpowiedniego określenia) Artura Górskiego: Kobiety sobie radzą

“Polska Ludowa przewidziała dla kobiety rolę nadzwyczajną. Miała być damą, robotnicą, wojownikiem, a przy okazji mężczyzną. Socjalizm kochał kobiety. Z wzajemnością.” etc. Tekst opatrzony obscenicznym zdjęciem – dla koneserów.

Autor przedstawia peerelowskie kobiety (czyli kogo?) wg znanego schematu, który w polskiej publicystyce skrytykowała Agnieszka Graff, a przed nią kilka innych socjolożek w innych miejscach świata: kobiety z demoludów to niewierne patriotki, które zaprzedały się wrogiemu systemowi za parę pończoch, tabliczkę czekolady i paczkę papierosów. Za dobra konsumpcyjne pomogły uzurpatorskiemu systemowi wykastrować swoich mężczyzn. Sprostytuowały się z obcym systemem. W tekście Górskiego pięknie ilustruje tą ideologiczną przesłankę stosownie dobrane zdjęcie. Ciekawe, że podobnej reprezentacji używano np. w prawicowa lub patriotycznej retoryce niemieckiej, oskarżając Niemki o tzw. horyzontalną kolaborację z zachodnimi alianckimi okupantami po 1945 roku (pończochy, tabliczka czekolady, papierosy). Odwołał się do niej Emir Kusturica w swoim kultowym Undergroundzie (np. Marko Dren wpina czerwony goździk w uroczy tyłek prostytutki a Natalja pozuje z lufą czołgu niczym burdelowa tancerka na rurze). Bo retoryka obwiniająca kobiety o kolaborację z systemem, który uzurpował sobie rolę tzw. “prawdziwego” mężczyzny, znajdzie się we wszystkich byłych domoludach po 1989 roku. I nie chodzi tu o prawą (w całej rozpiętości), centralną (toż samo) czy lewą (z tendencją w prawo) polityczną stronę. Chodzi o populistyczny zabieg wskazanie palcem winnego, zdrajcy, przyczyny rozkładu moralnego, który umożliwił przeobrażenie ustroju społecznego. A takim idealnym kandydatem na zdrajcę jest Ewa. Kwiatek dla Ewy, więc Ewa puściła się z komunizmem. Za tabliczkę czekolady i urlopy macierzyńskie. Nie interpretuję tutaj historii, ale streszczam pewną ideologię.

Przy tej okazji przypomniał mi się mój poprzedni wpis o Pannach z Wilka Iwaszkiewicza, jedno z trofeów w kolekcji mizoginiów polskich. Utożsamienie kobiecości z konsumpcją nie jest polskim wymysłem, bo taki “genom” kulturowy kursował w świadopoglądach euro-kolonialnych od … Ewy, co pożarła jabłko i Pandory, co otworzyła puszkę. Ale w Polsce, zwłaszcza w kontekście ziemiańskiego stylu życia, ten koncept staje się naturalny… jak sama natura.

*
Tym razem przeczytałam Panny w Wilka pamiętając o tym, że Wiktor kocha swego przyjaciela i że Andrzej był najważniejszym człowiekiem w życiu Wiktora. Załamanie Wiktora, to nie jest egzystencjalny niepokój wynikły z konfrontacji ze śmiercią przyjaciela. To zmaganie się z pustką, jaka zostaje w życiu po śmierci najbliższego człowieka. Wiktor nie jedzie do Wilka po to, żeby szukać wspomnień młodości ale po to, żeby się upewnić, że nikt, a dokładniej, że żadna z bliskich mu kobiet nie była w stanie wypełnić jego życia tak, jak ukochany przyjaciel. Lato przełamuje się w Wikotrze w chwili, gdy akceptuje swoją tożsamość. W opowiadaniu Iwaszkiewicza nieobecny przyjaciel jest tak samo ważny, jak wszystkie panny z Wilka razem wzięte.

Wszystkie panny z Wilka. Wszystkie te ponętne ciała i dusze, na których Wiktor wypasa się w młodości, jak motyl na łące, naznaczone są skazą przemijania. Bo Wilko to wielka spiżarnia, nad którą czuwa wielka ochmistrzyni, Kazia. Panny, jak konfitury, bierne, apetyczne, gotowe do spożycia. Życie Wilka zamknięte w rytmie cyklów natury, systemu reprodukcji i trawienia. W Wilku rządzi porządek żeński. Zmarłą Felę zastępuje młoda Tusia, bo Wiktor z trudem dostrzega różnicę. Kobiety wszak indywidualności nie mają. W Wilku rządzi niezmienna natura kobieca. Ten porządek odrzuca jednak Wiktora z powodów “moralnych”; Wiktor domaga respektowania indywidualności (zaniedbany grób Feli), bez skutku jednak, bez nadziei na skutek. W Wilku nic się nie zmienia, z zasady, a zasada ta jednocześnie pociąga Wiktora i odpycha. W Wilku brak moralności, brak porządku ojca. Życie Wilka zamknięte pomiędzy gotowaniem, trawieniem i wydalaniem. Jedyny mężczyzna w Wilku, mąż Julci, produkuje. Masło i mleko. Na sprzedaż.

Wilko, to miejsce poza czasem, dlatego Wiktor tu przyjeżdża, aby uciec od puski po stracie ukochanego, przed przyszłością, w której brak miejsca na spiżarnię i ciepłą, karmiącą kobietę. Wilko to “babiość”, od której Wiktor uciekł w świat czynu, ideały, polityki, zmiany, wolnej woli i miłości prawdziwej do równego sobie, czyli – do innego mężczyzny. Wilko to przestrzeń liminalna, kuchnia, do której Wiktor wraca, by się nasycić i przekroczyć nowy próg życia. Powraca do spiżarni po to, żeby się utwierdzić w swoim wyborze, w tym, że nie sprzedał duszy i ciała za słoiczek konfitur.

Wiktor ogląda zdegenerowanych, słabych mężczyzn, którzy krążą nad Jolą i Julcią, jak trutnie nad królową matką i czuje do nich pogardę. Dzięki konfrontacja z porządkiem matki, z “babiością”, Wiktor odnajduje się jako mężczyzna-samotnik, mężczyzna-żołnierz, mężczyzna-z-sobą-pogodzony. Żarłoczna babiość jest negatywem, wobec którego Wiktor odbudowuje swój pozytywny auto-wizerunek, afirmuje się jako mężczyzna-który-kochał-[...] i reintegruje się.


uczenie feminizmu

30 sierpień 2008

Ten tekst pochodzi sprzed dwóch lat. Znalazłam w moim blogowym archiwum i robię “przedruk”, tak na okoliczność… że McCain wybrał Sarah Palin na VP. I teraz zrobiło się naprawdę ciekawie…! :)

***

Wczoraj na zajęciach – feminizm. To ostatni, po liberalizmie, imperializmie, nacjonalizmie i socjalizmie, -izm, który wprowadza studentów na pola bitewne I-szej wojny światowej. Wykład uzupełniony lekturami z Hobsbawma i wyjątkiem z pamiętnika Emmeline Pankhurst.

Zawsze mnie zachwyca zrelaksowany sposób, w jaki tutejsi studenci angażują się w dyskusję o feminizmie, naturalność, z jaką podchodzą do tego tematu, jak nie trzeba tłumaczyć, nie trzeba przekonywać, argumentować… Nie trzeba. Po prostu. Pytania do dyskusji przygotowało czterech chłopców. Ostre. Feministyczne. Żaden problem.

Podczas dyskusji w jednej z sekcji to studentki krytykowały Emmeline Pankhurst za anarchistyczne metody, podczas gdy studenci ostro jej bronili. Chłopcy używali argumentu, że jeśli jesteś traktowany/a jak niepełnowartościowe indywiduum w społeczeństwie, to metody przemocy są efektywnym sposobem na zwrócenie uwagi na problem, hasło polityczne, grupę interesu. To właśnie studenci bronili kobiet z Women’s Social & Political Union, podczas gdy studentki uważały, że takie działania nie przynosiły skutku, ośmieszały działaczki, że zamiast atakować własność prywatną powinny raczej stworzyć forum międzynarodowe, uzyskać wpływy, zjednoczyć się… Taaaak, zjednoczyć się…

A żeby kwestię jeszcze bardziej skomplikować ktoś przypomniał, i słusznie, że to Bismarck, jako pierwszy, wprowadził urlopy macierzyńskie, i że to w Finlandii – pod protektoratem cara – w 1907 kobiety po raz pierwszy w historii uzyskały prawa wyborcze. Ktoś inny dodał, że w Wielkiej Brytanii część kobiet (klasa średnia) uzyskała prawa wyborcze w 1918 roku, a reszta – w dwadzieścia lat pózniej. I bynajmniej nie dostały ich w efekcie działań walecznych feministek, ale w wyniku mobilizacji kobiet na tzw. domowym froncie podczas I-szej wojny światowej i… z obawy przed “zarazą” rewolucji sowieckiej.

Nikt jednak nie kwestionował celu emancypacji, dyskusja dotyczyła jedynie metod. I wszyscy używali argumentów merytorycznych, bez głupawych uśmiechów, bez siedzenia w głębokim rozkroku i innych technik, które znam z innych miejsc.


kolejność uczuć

10 sierpień 2008

“przyjaciółka z niebieskimi oczami i angielskim imieniem, którą [...] kochałem prawdziwą miłością [...] podjerzewałem później, że zdradza mnie ona (albo przynajmniej ma ochotę zdradzić) z pewną młodą dziewczyną, że ciekawi ją w ogóle miłość z przedstawicielkami jej własnej płci, co było zdradą gorszą jeszcze, niż gdyby chodziło o mężczyznę, ponieważ stanowiło inną miłość, której się niepodobna przeciwstawić.”

Michel Leiris, Wiek męski (1939)


kobiety i film

3 sierpień 2008

Hillary Clinton – Post Scriptum, czyli prywatne jest polityczne

11 czerwiec 2008

Z niecierpliwością czekam na książkę, która przeanalizuje kampanię Hillary Clinton, z punktu widzenia feministycznego. A tymczasem własne notatki.

Hillary jest bez wątpienia córką drugiej fali feinizmu. I przez dekady była dumą tej politycznej i intelektualnej tradycji. Ośmioletnia prezydentura Clintona pozostawała pod wpływem Ruchu Praw Człowieka, a obecność feminizmu gwarantowała w niej żona prezydenta. Choć nie obyło się bez skandali i rozczarowań. Jeden z największych, to reakcja Hillary na zdrady męża. Wiele kobiet miało i nadal ma jej za złe, że stanęła przy Billu, i że po kadencji się z nim nie rozwiodła. Bo – jak wielu uważa – powinna. Nie rozwiodła się jednak i nadal powtarza, że jej rodzina jest dla niej całym światem. Może tak jest. A może nie. Cokolwiek Hillary zrobiłaby, miała do tego prawo. Cokolwiek jednak zrobiłaby – byłaby za to skrytytkowana i jej decyzję użyto by przeciwko niej. Ale w takim momencie osobiste wybory życiowe powinny łączyć się z feministyczną świadomością. Wszak prywatne jest polityczne. I feministki nadal w to wierzą. A tu wyszło dziwnie.

Ostatnio niesamowitą glossę do tego problemu przedstawili twórcy bardzo popularnego serialu „Law & Order“. Jakiś miesiąc temu pojawił się nowy odcinek, w którym młody, charyzmatyczny i przystojny gubernator stanu Nowy Jork, znany i szanowany za walkę z korupcją, sam staje się przedmiotem śledztwa, bowiem odkryto, że regularnie spotyka luksusowe prostytutki. Oczywiście od razu kojarzy się świeża sprawa Eliota Spitzera. Ale nie tylko.

O ile bowiem sprawa Spitzera zakończyła się publicznym skandalem i jego rezygnacją, a Silda Spitzer stanęła pod pręgierzem obok swego mężczyzny – poniżona, ale lojalna – o tyle odcinek serialu kończy się inaczej. Tu żona gubernatora staje się głównym obrońcą męża i używa swego autorytetu i wpływów po to, żeby nie dopuścić do skandalu – bowiem to zrujnowałoby cały ich potencjał polityczny wynikający z tego, że są rodziną. I okazuje się, że filmowa żona gubernatora ma także wcale nie małe ambicje polityczne, i nie zrezygnuje z nich „choć mąż złamał jej serce i nigdby mu tego nie wybaczy“. Ma jednak priorytety, a w świecie dwupartyjnej polityki lojalność polityczna jest ważna. Pod koniec filmu widz przypomniał sobie nie tylko sprawę Spitzera, ale też małżeńsko-polityczne problemy Clintonów. A bohaterka filmu nie miała w sobie nic z pasywnej i złamanej Sildy Spitzer; miała w sobie coś z dobrze znanej żelaznej damy.

I w tym tkwi problem. Od początku kampanii słuchałam pilnie, co Hillary ma do zaoferowania kobietom, choć prezentuje je jako swoich „naturalnych“ wyborców, bo jest feministką. Ale niewiele usłyszałam, w każdym razie żadnych konkretów. Słyszałam natomiast, że jest gotowa do prezydentury „w dniu nr 1“. Skąd ta gotowość? Z faktu, że była żoną prezydenta. Ta selektywność w wyborze elementów biograficznych do politycznego wizerunku stworzyła niespójny wizerunek: jako żona swego męża jestem gotowa. Jako żona, czy jako partner polityczny? W jakiej relacji pozostaje małżeństwo – w tym nielojalność męża i dobrowolne podporządkowanie się żony pomimo zdrady – z relacją partnerską dwóch polityków? W jaki sposób takie nierówna relacja płci, usankcjonowana przez wolny osobisty wybór, żeby się nie rozwieść, stoi wobec relacji kobiety, jako polityka, wobec swoich partnerów politycznych? W jaki sposób to wpływa na to wizerunek liderki politycznej tak wielkiego państwa? Jaki przykład Hillary dała kobietom po zdradzie Billa? Czy mogłaby być tym, kim jest, znaleźć się tam, gdzie jest, gdyby nie była żoną swego męża i w imię trwałości rodziny – i wspólnej działalności politycznej – nie szła na głębokie ustępstwa i przełykanie goryczy nielojalności?

Takich pytań nie słyszało się w mediach, ale zadawał je każdy, kogo znam. Hillary starała się zaprezentować jednocześnie jako niezależny polityk (sic!) i „kobieta rodzinna“. I z tym wielu – i nie tylko feministek – ma problem. I to zgrzytało. Ambiwalencja małżeństwa i jego relacji do polityki pociągnąły Hillary w dół. Było ono wehikułem jej kariery i stało się powodem jej fiaska. W Stanach wiele niezależnych kobiet robi niesamowite kariery polityczne. Warto spojrzeć choćby na Condoleezzę Rice. A więc jest to możliwe. Fakt, Hillary jest starsza i zaczynała swoją karierę w innych warunkach kulturowych. Ale mimo wszystko.

I dlatego wiele kobiet-wyborców, tej spodziewanej najbardziej lojalnej grupy wspierającej Sen. Clinton, podzieliło swoje głosy. W czasie kampanii mówiło się wręcz o „zdradzie kobiet“, które nie są tak lojalne wobec Hillary Clinton, jak się spodziewano. Wiele z nich głosowało na Obamę. I w ten sposób wyraziło swoje uznanie dla pewnej odważnej, nikomu nieznanej dziewczyny i jej matki. Dla Ann Dunham z Wichita, Kansas – matki Baracka Obamy i dla jego babki. Bo dla wielu Amerykanów posiadanie kolorowego dziecka z zagranicznym studentem z Afryki, w małym mieście na Środkowym Zachodzie na początku lat 1960-tych, było wyrazem większej odwagi i siły charakteru, niż publiczne wsparcie udzielone przez zdradzoną żonę, być może po to, by ocalić polityczną pozycję; A te dwie kobiety wychowały rasowo mieszane dziecko na Baracka Obamę. Cień Ann Dunham jest niezwykle ważny w tej kampanii. I z tym cieniem Hillary Clinton było trudno sobie poradzić. Przynajmniej w oczach wielu kobiet wyborców.

Prywatne JEST polityczne. I Hillary się znowu o tym przekonała.


stan (feministycznej) świadomości

18 styczeń 2008

Ciekawostka sprzed kilku lat. A dokładniej – z opakowania po rajstopach firmy No nonsense. National’s Women’s History Project w supermarkecie. Do każdej pary dołączono notki biograficzne o wybitnych osiągnięciach wybitnych kobiet. Dla ludu, który nosi rajstopy. Do masowej konsumpcji. Ot, taka akcja afirmacyjno-edukacyjna. Proste, nie?

rajstopy_historia_kobiet1.jpg rajstopy_historia_kobiet2.jpg

Kojarzy mi się reklama Gatty z Justyną-Steczkowską-której-męża-kręcą-nogi-w-rajstopach… A tu: Recognizing and Celebrating Women’s Accomplishments…

Odmienne stany świadomości.