Moje zdanie o Sarah Palin– Cóż. Moje zdanie jest takie, że John McCain i Sarah Palin mają ogromne szanse wygrać wybory. I jest to smutne. Najwidoczniej dwa razy do tej samej rzeki nie da się wejść i Ameryka z początku XXI wieku nie jest Ameryką z lat 60-tych wieku XX-go. Większość Amerykanów jest konserwatywna. Wielu jest aktywnie konserwatywnych: nigdzie nie widziałam tak wielu fanatyków politycznych czy religijnych jak w Stanach. Jest oczywiście całkiem spora grupa liberałów czy lewicowców, ale to nie większość. I bez radykalnej reformy systemu oświaty, której republikanie oczywiście nie zrobią, procentkonserwatystów wobec liberałów będzie wzrastał. Podziały polityczno-światopoglądowe biegną w Ameryce wg kategorii wykształcenia i miejsca zamieszkania (wybrzeża v. heartland; metropolie v. miasteczka; Południe v. Północ już nie ma takiego znaczenia jak kiedyś, bo Północ jest w wielu miejscach ie mniej konserwatywna niż Południe). Rozbuchany nacjonalizm ery Busha zrobił swoje. Próby Obamy, żeby w tej elekcji dominowały kwestie ekonomiczne (kryzys, który wszyscy odczuwają) spełzają na niczym, bo republikanie i ich elektorat chcą słuszeć o wartościach, a nie o problemach; chcą afirmować własną tożsamość, która obsuwa się ekonomicznie, ale właśnie dlatego ideologicznie ma się bardzo dobrze. Nawet, jeśli wartości są już potwornie zużyte i przeżyte.
A Sarah Palin– Sarah Palin jest wytrawnym politykiem. Jej nominacja była doskonałym zabiegiem ze strony republikanów. Czy Sarah Palin odbierze elektorat Hillary Clinton? Nie sądzę. Na Sarah Palin będą głosowały te kobiety, które i tak głosowałyby na McCain’a albo te, które i tak nie głosowałyby na Obamę. Hillary jest pro-choice. Palin jest najbardziej prolajferską prolajferką. Hillary to polityczny establishment. Palin ma reputację outsidera. Hillary w istocie nie startowała w tych wyborach jako kobieta, ale jako “I, Hillary Rodham Clinton”. Sarah Palin startuje jako “superkobieta” – matka, wkrótce babka, córka, żona, itd. Na Sarah Palin będą głosowały słabo wykształcone gospodynie domowe, matki wielu dzieci, aktywistki religijne. A to całkiem spory elektorat. Tym osobom podoba się, że Sarah Palin wierzy w każde słowo Biblii, że jest matką pięciorga dzieci, że jej mąż jest budowlańcem, że jej brat jest w wojsku, że jej nieletnia córka jest w ciąży i niebawem wyjdzie za mąż za nieletniego ojca swego dziecka. Z Sarah Palin utożsamiają się miliony kobiet, które nigdy nie miały feministycznych ambicji. I co najważniejsze, Sarah Palin dała alternatywę tym, którzy nie chcieli głosować na McCaina ze względu na jego pro-Bushizm, a nie przyznawali się wprost, że na Afro-Amerykanina głosować po prostu nie będą. Z tego wynika część ekscytacji z Sarah Palin – “normalnej kobiety”, “jednej z nas”. Jeśli ktoś to nazwie triumfem przeciętności – to też będzie miał rację. Sarah Palin wygrywa właśnie dlatego, że jest przeciętna.
I, last but not least, Palin daje ludzką twarz kandydaturze McCain’a, usuwając w cień Cindarellę McCain, o image’u podstarzałej lalki Barbie ze spojrzeniem bazyliszka. Sarah Palin wygląda jak entuzjastyczna i ludzka córka prezydenta-patriarchy. Ładnie to wygląda. Rezonuje z wartościami.
Jeśli ktoś śledzi rozwój historii kobiet, to zauważy, że całkiem niedawno zaczęto badać udział kobiet w konserwatywnych i prawicowych ruchach politycznych i społecznych. Przez kilka dekad panowało poczucie, utwierdzone praktyką naukową, że kobiety, jako grupa opresjonowana, naturalnie skłaniają się w kierunku aliansów politycznych z lewicą. A tak nie jest. I nigdy nie było. Wielu kobietom patriarchat bynajmniej nie przeszkadza – i cóż w tym dziwnego? Wiele kobiet robi fenomenalne kariery nawet a radykalnie patriarchalnych i mizoginicznych środowiskach. Ba, wiele kobiet robi olśniewające kariery wypływając na hasłach mizoginicznych! Czy nie znamy tego z własnego podwórka?
Oczywiście, nie byłoby Sarah Palin, gdyby nie było Hillary Clinton. I nie byłoby Hillary Clinton, gdyby nie było Condoleezy Rice. A nie byłoby Condi Rice, gdyby nie Madelene Albright. A Madlene Albright – gdyby nie Margaret Thatcher. I tak można do Ewy, ale nie o to chodzi. Amerykanie nazwą to “progresem”. I pewnie będą mieli racją. Ameryka będzie miała przed sobą kolejne 4, a może 8 lat załamania gospodarczego, głupich wojen, drenowania kieszeni tzw. średniej klasy, która jest już bardzo średnią klasa i jeszcze głupszej rozrywki. Na dziś jestem pesymistką. Jeśli wygrają republikanie, a na to wygląda, to Ameryka zaczęła się kończyć po Clintonie i jest na równi pochyłej. Czy to dobrze, czy źle dla układu globalnego? Zobaczymy. W każdym razie jest duża szansa, że następną amerykańską VP będzie kobieta, która zrobi wszystko co w jej mocy, żeby kobiety wróciły na swoje właściwe miejsce…
P.S. Słyszałam opinie, że za tak silną pozycję republikanów odpowiedzialna jest właśnie maszyneria Clintonów, którzy w czasie kadencji Billa pociągnęli Partię Demokratyczną tak bardzo na prawo, jak tylko mogli. W efekcie trudno czasami dostrzec różnice pomiędzy liberalnymi konserwatystami a centrowymi liberałami. A gdy ma się dwie takie opcje do wyboru, to się wybiera tego na prawo – bo bezpieczniej.
A teraz napiszę coś bardzo political fiction. Jeśli Barack przegra, to chciałabym (tak jak wielu), żeby skapitalizował “Obabamanię” i założył nową partię polityczną. Jego program wyborczy brzmi w istocie socjalistycznie. Jeśli Obama przegra, to może dłużej pożyje… Więc, paradoksalnie, może w ten sposób będzie mógł dokonać większej zmiany, tak jak chce on i wielu Amerykanów?
Rozbuchany patriotyzm-nacjonalizm za McCaina i Palin byłby nie mniej żarliwy, jak za Busha. A Amerykanie muszą, jak się zdaje, jeszcze bardziej dostać w tyłek ekonomicznie, żeby się ocknąć. Co się wówczas stanie? Czy stworzy się miejsce na nową patrię, która ma lewicowy program? Być może. Niestety, historia pokazuje, że w takich wypadkach wzmacniają się też stronnictwa radykalno-prawicowe… Z wyborów na wybory widać coraz bardziej, jak Ameryka się wewnętrznie polaryzuje. I to jest niebezpieczne. I dla Ameryki, i dla świata.
Opublikował/a blogali
Opublikował/a blogali
Opublikował/a blogali