kobiecość, czyli konsumowanie

9 wrzesień 2008

W internetowym “Focusie” znalazłam tekst (kuriozalny? niesprawiedliwy? płytki? pornograficzno-polityczny? a może po prostu niedorobiony? nie mogę znaleźć odpowiedniego określenia) Artura Górskiego: Kobiety sobie radzą

“Polska Ludowa przewidziała dla kobiety rolę nadzwyczajną. Miała być damą, robotnicą, wojownikiem, a przy okazji mężczyzną. Socjalizm kochał kobiety. Z wzajemnością.” etc. Tekst opatrzony obscenicznym zdjęciem – dla koneserów.

Autor przedstawia peerelowskie kobiety (czyli kogo?) wg znanego schematu, który w polskiej publicystyce skrytykowała Agnieszka Graff, a przed nią kilka innych socjolożek w innych miejscach świata: kobiety z demoludów to niewierne patriotki, które zaprzedały się wrogiemu systemowi za parę pończoch, tabliczkę czekolady i paczkę papierosów. Za dobra konsumpcyjne pomogły uzurpatorskiemu systemowi wykastrować swoich mężczyzn. Sprostytuowały się z obcym systemem. W tekście Górskiego pięknie ilustruje tą ideologiczną przesłankę stosownie dobrane zdjęcie. Ciekawe, że podobnej reprezentacji używano np. w prawicowa lub patriotycznej retoryce niemieckiej, oskarżając Niemki o tzw. horyzontalną kolaborację z zachodnimi alianckimi okupantami po 1945 roku (pończochy, tabliczka czekolady, papierosy). Odwołał się do niej Emir Kusturica w swoim kultowym Undergroundzie (np. Marko Dren wpina czerwony goździk w uroczy tyłek prostytutki a Natalja pozuje z lufą czołgu niczym burdelowa tancerka na rurze). Bo retoryka obwiniająca kobiety o kolaborację z systemem, który uzurpował sobie rolę tzw. “prawdziwego” mężczyzny, znajdzie się we wszystkich byłych domoludach po 1989 roku. I nie chodzi tu o prawą (w całej rozpiętości), centralną (toż samo) czy lewą (z tendencją w prawo) polityczną stronę. Chodzi o populistyczny zabieg wskazanie palcem winnego, zdrajcy, przyczyny rozkładu moralnego, który umożliwił przeobrażenie ustroju społecznego. A takim idealnym kandydatem na zdrajcę jest Ewa. Kwiatek dla Ewy, więc Ewa puściła się z komunizmem. Za tabliczkę czekolady i urlopy macierzyńskie. Nie interpretuję tutaj historii, ale streszczam pewną ideologię.

Przy tej okazji przypomniał mi się mój poprzedni wpis o Pannach z Wilka Iwaszkiewicza, jedno z trofeów w kolekcji mizoginiów polskich. Utożsamienie kobiecości z konsumpcją nie jest polskim wymysłem, bo taki “genom” kulturowy kursował w świadopoglądach euro-kolonialnych od … Ewy, co pożarła jabłko i Pandory, co otworzyła puszkę. Ale w Polsce, zwłaszcza w kontekście ziemiańskiego stylu życia, ten koncept staje się naturalny… jak sama natura.

*
Tym razem przeczytałam Panny w Wilka pamiętając o tym, że Wiktor kocha swego przyjaciela i że Andrzej był najważniejszym człowiekiem w życiu Wiktora. Załamanie Wiktora, to nie jest egzystencjalny niepokój wynikły z konfrontacji ze śmiercią przyjaciela. To zmaganie się z pustką, jaka zostaje w życiu po śmierci najbliższego człowieka. Wiktor nie jedzie do Wilka po to, żeby szukać wspomnień młodości ale po to, żeby się upewnić, że nikt, a dokładniej, że żadna z bliskich mu kobiet nie była w stanie wypełnić jego życia tak, jak ukochany przyjaciel. Lato przełamuje się w Wikotrze w chwili, gdy akceptuje swoją tożsamość. W opowiadaniu Iwaszkiewicza nieobecny przyjaciel jest tak samo ważny, jak wszystkie panny z Wilka razem wzięte.

Wszystkie panny z Wilka. Wszystkie te ponętne ciała i dusze, na których Wiktor wypasa się w młodości, jak motyl na łące, naznaczone są skazą przemijania. Bo Wilko to wielka spiżarnia, nad którą czuwa wielka ochmistrzyni, Kazia. Panny, jak konfitury, bierne, apetyczne, gotowe do spożycia. Życie Wilka zamknięte w rytmie cyklów natury, systemu reprodukcji i trawienia. W Wilku rządzi porządek żeński. Zmarłą Felę zastępuje młoda Tusia, bo Wiktor z trudem dostrzega różnicę. Kobiety wszak indywidualności nie mają. W Wilku rządzi niezmienna natura kobieca. Ten porządek odrzuca jednak Wiktora z powodów “moralnych”; Wiktor domaga respektowania indywidualności (zaniedbany grób Feli), bez skutku jednak, bez nadziei na skutek. W Wilku nic się nie zmienia, z zasady, a zasada ta jednocześnie pociąga Wiktora i odpycha. W Wilku brak moralności, brak porządku ojca. Życie Wilka zamknięte pomiędzy gotowaniem, trawieniem i wydalaniem. Jedyny mężczyzna w Wilku, mąż Julci, produkuje. Masło i mleko. Na sprzedaż.

Wilko, to miejsce poza czasem, dlatego Wiktor tu przyjeżdża, aby uciec od puski po stracie ukochanego, przed przyszłością, w której brak miejsca na spiżarnię i ciepłą, karmiącą kobietę. Wilko to “babiość”, od której Wiktor uciekł w świat czynu, ideały, polityki, zmiany, wolnej woli i miłości prawdziwej do równego sobie, czyli – do innego mężczyzny. Wilko to przestrzeń liminalna, kuchnia, do której Wiktor wraca, by się nasycić i przekroczyć nowy próg życia. Powraca do spiżarni po to, żeby się utwierdzić w swoim wyborze, w tym, że nie sprzedał duszy i ciała za słoiczek konfitur.

Wiktor ogląda zdegenerowanych, słabych mężczyzn, którzy krążą nad Jolą i Julcią, jak trutnie nad królową matką i czuje do nich pogardę. Dzięki konfrontacja z porządkiem matki, z “babiością”, Wiktor odnajduje się jako mężczyzna-samotnik, mężczyzna-żołnierz, mężczyzna-z-sobą-pogodzony. Żarłoczna babiość jest negatywem, wobec którego Wiktor odbudowuje swój pozytywny auto-wizerunek, afirmuje się jako mężczyzna-który-kochał-[...] i reintegruje się.


artysta, generał i CoCo

6 wrzesień 2008

“Witkacemu imponowała bardzo silna wola mego męża [gen. Jan Marian Hempel]. Ciekaw był, czy dałby się namówić na kokainę i jak prędko zaczęłaby na niego działać. Mąż mój opowiadał, że będąc w Turcji z ciekawości próbował wszystkich narkotyków, ale bardzo był na ich działanie odporny [...].

- Jeszcze nie był wtedy modny twój biały proszek – mówił Witkacy – więc go spróbujemy.

W naszym apartamenciku w “Marylor” zeszli się wieczorem doktorostwo Staroniewiczowie i doktorostwo Białynieccy. Przychodzili często na sympozjony z Witkacym, a teraz byli zaciekawieni, bo Witkacy miał badać działanie “CoCo” na generale. Rozmawialiśmy w saloniku. Po dobrej chwili Witkacy wywołał mojego męża do łazienki. Wrócili z łazienki, on bardzo poważny, a mój mąż jak zwykle w iskrzącym wesołością humorze. Po jakiejś godzinie ożywionych rozmów i dyskusji znów Witkacy był jakiś chmurny, a mój mąż dalej bez żadnych zmian i w wesołym nastroju [...]. Raptem śledzący mego męża milcząco i ponuro Witkacy zerwał się z krzesła i zawołał oburzony:

- Ależ z generała to byk nie człowiek, po takich dawkach żadnego wrażenia!

Bawiliśmy się kapitalnie tym nieudanym eksperymentem Witkacego.

Co za ogromną siłę woli trzeba było mieć, by przerywać czasem na parę miesięcy i dłużej branie narkotyków. Właśnie tak robił Witkacy, a tego nie potrafi żaden nałogowy narkoman. [...]“

Maria z Łozińskich Łozińska Hempel, Z łańcucha wspomnień


oko Marszałka P.

1 wrzesień 2008

“Kiedyś zrelacjonował nam Witkacy, jak trafił do Belwederu. [...]

- Gdy dostałem zamówienie na rysowanie portretów wszystkich ministrów, byłem pewny, że w pierwszym rzędzie będzie portret marszałka, jednak się omyliłem. Ale pani marszałkowa Aleksandra zechciała, bym portretował ją z dziećmi. Ucieszony poszedłem do Belwederu, mając nadzieję, że może… ale “On” właśnie wyjechał do Druskiennik. Rozmawiając w czasie pozowania, marszałkowa zapytała mnie, jakie miałem widzenia po zażyciu sławnego pejotlu. Gdy jej powiedziałem, że raz nawet widziałem marszałka, tak ją i jej asystę to zaciekawiło, że koniecznie chcieli, bym to opowiedział. Broniłem się, ale ona tak nalegała, iż opowiedziałem: ‘Widziałem marszałka siedzącego w fotelu, a nad nim stał pochylony, jak cień, jak ten zły duch – Prystor. Nagle oko marszałka zaczęło rosnąć, powiększać się i wylatywać i wreszcie, jak ten pocisk, wyleciało, wirując zapadło z ziemię, wyrywając w niej ogromny lej. Pobiegłem tam i popatrzyłem, a w leju z tego rozwalonego oka zaczęły wypełzać okropne gady, całe kłębowisko potwornych żmij…”

Maria z Łozińskich Łozińska Hempel, Z łańcucha wspomnień


pejotl z Peru

30 sierpień 2008

“W Małopolsce, w Złoczowskiem, bardzo bogaty młody człowiek, pan Zawidowski, był właścicielem majątków i pierwszego w Polsce wyścigowego auta. Miał dużo pieniędzy i fantazji. Uważając, że dla jego auta nasze szosy są złe, pojechał do Ameryki, by tam szukać lepszych dróg. W Peru, na drodze do Limy, spotkał wieśniaczkę. Peruwianka jechała konno, a na siodle trzymała przedziwny stwór; dorosłą małpkę, ale tak malutką, że cała mieściła się w dłoni. Stwór posiadał też puszysty jak u wiewiórki ogonek. Wieśniaczka nie chciała małpki sprzedać, ale gdy Zawidowski sypnął pieniędzmi – oddała. Wiózł więc Anatola w prezencie dla swojej siostry, Basi. [...] Anatol wylądował w “Marylor”.

Zaraz pierwszego dnia w jadalni spotkaliśmy dobrą znajomą, panią Zawidowską, która przedstawiła nam [...] Basię. Na ramieniu Basi siedział Anatol, kokieteryjnie przewiązany w pasie wstążką koloru sukni swojej pani. Końce tej wstążki były luźno puszczone i sam jej ciężar był wystarczający, by Anatol nie mógł uciec. [...] Kiedy zbliżyłam się, Anatol wziął w łapki moją broszkę i zupełnie ludzkim ruchem zaczął ją obracać i oglądać. Twarzyczkę miał wielkości 20 groszy, owłosienie dość sztywne, podobne kolorem i gatunkiem do sierści sarny. Basia zdjęła z niego wstążkę i postawiła go na gałęzi dużego oleandra. Anatol zaczął się zwinnie wdrapywać jeszcze wyżej i widocznie ucieszony swobodą śpiewał czy szczebiotał jak ptak.

Gdyśmy Witkacemu opowiedzieli nasze wrażenia, doprowadziliśmy jego ciekawość do wrzenia. [...]

Anatol miał dwie namiętności: pieniądze i alkohol. Do portmonetki wskakiwał i porywał pieniądz, po czym uciekał, by go schować. Zapach alkoholu czuł z daleka. Kiedyś wskoczył do dużego płaskiego kieliszka, na którego dnie było parę kropel wermutu, łapczywie je zlizał i to wystarczyło, by miał rausza. Skakał wtedy na stole, śpiewał i wywracał się bardzo zabawnie, ku zachwytowi i oczarowaniu Witkacego, który twierdził, że coś takiego można tylko porównać z widzeniami po pejotlu.

Były wtedy modne tabletki “Matta” ze spirytusu denaturatowego, które służyły do ogrzewania podróżnych maszynek. Dowąchał się Anatol, że to alkohol, i pilnie śledził Basię, gdy ich używała. Raz nim zdążyła je schować, zapukał listonosz. Basia zerwała się do drzwi, a [...] czyhający ciągle na okazję Anatol złapał tabletkę i kawałeczek odgryzł… biedaczek otruł się. Opłakiwała go Basia, a bardzo żałowali wszyscy, którzy go znali, z Witkacym na czele. Znajomy nasz zaraz zawiózł zwłóki Anatola do Lwowa, by tam po spreparowaniu oddać ten unikat do muzeum. Witkacy wspominał Anatola bardzo często, nazywając go ‘mój pejotl z Peru’.”

Maria z Łozińskich Łozińska Hempel, Z łańcucha wspomnień


Tokarczuk

18 sierpień 2008

Czyt(ał)am Prawiek i inne czasy i ta lektura sprawia mi przyjemność. Po Podróżach ludzi księgi i E.E. pozostała mi rozczarowanie i nieufność; poczucie, że kolejna książka Tokarczuk to będzie strata czasu. Prawiek… stratą czasu nie jest. Błyskotliwa poetyka. Miłe rozczarowanie.

Prawiek…, może to nie jest książka wybitna, ale bardzo piękna. Zostaje, gdzieś głęboko, w brzuchu. I o to chodzi.

Za to rozczarowałam się Biegunami.


kolejność uczuć

10 sierpień 2008

“przyjaciółka z niebieskimi oczami i angielskim imieniem, którą [...] kochałem prawdziwą miłością [...] podjerzewałem później, że zdradza mnie ona (albo przynajmniej ma ochotę zdradzić) z pewną młodą dziewczyną, że ciekawi ją w ogóle miłość z przedstawicielkami jej własnej płci, co było zdradą gorszą jeszcze, niż gdyby chodziło o mężczyznę, ponieważ stanowiło inną miłość, której się niepodobna przeciwstawić.”

Michel Leiris, Wiek męski (1939)


pamięć kobiet

31 lipiec 2008

Ostatnio zrobiło się tu “imprezowo” – dużo ludzi, rozmowy, pyskówki, przeciągi w różne strony… Zimnego piwa tylko brakuje. Z sokiem. :)

***

- Bo pamięć, to jest skład, w którym leży przeszłość, a wspomnienie ma miejsce wówczas, gdy się do tego składu schodzi, żeby coś wydobyć.

Tu panna Marynia przestraszyła się nieco własną odwagą, z jaką zapuściła się w filozoficzny wywód nad różnicą pamięci i wspomnień, skutkiem czego zaczerwieniła się dość mocno; Połaniecki zaś pomyślał:

- I niegłupia, i śliczna.

Henryk Sienkiewicz


pamięć

12 czerwiec 2008

“[…] według mnie pamięć jest takim lecącym do nas światłem dawno zgasłej gwiazdy. Czy niechby tylko naftowej lampy. Tyle że nie zawsze jest w stanie do nas dolecieć za naszego życia. Zależy, z jakiej odległości leci i w jakiej odległości my od niej jesteśmy. Bo to nie są równe odległości. A w ogóle może wszystko jest pamięcią. Cały ten świat, odkąd jest. I także my tu obaj, te psy. Czyją? Tego nie wiem.”

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli


lichtarze

27 maj 2008

“To cud, że do naszych czasów ocalały. I to w parze. Można sobie jedynie wyobrazić, jakie były ich losy. O, losy przedmiotów są równie ciekawe, jak ludzkie. I równie tragiczne. Gdyby na przykład dało się odtworzyć los tych lichtarzy. Nie historię, los. Moglibyśmy się wówczas wiele rzeczy dowiedzieć i o ludziach, u których były w posiadaniu. I to rzeczy pozornie najbardziej ulotnych, lecz kto wie, czy nie najważniejszych, których nie dowiedzielibyśmy się z żadnych dokumentów. Czasem bowiem człowiek może liczyć jednynie na przedmioty, że go zrozumieją. Czasem przedmiotom powtarza to, czego nie powierzyłby nikomu innemu. Czasem tylko przedmioty potrafią z nami tak naprawdę współistnieć. Życzę panu, aby te lichtarze… I zapraszam.”

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli

***

I trzy Gracje…



zęby Filomatów

15 maj 2008

(ze specjalną dedykacją dla Magdy ;-)

Ktoś, kogo bolą zęby, jest kimś innym niż ten, kogo zęby nie bolą. Zęby mogą mieć też coś wspólnego z miłością, bo Werter z opuchniętym policzkiem i głową obwiązaną chustką raczej nie nadaje się na Wertera: rozmyśla o tym, jakby pozbyć się bolącego zęba i zapomina o tym, że miał strzelić sobie w łeb. Powraca do tej myśli dopiero po ekstrakcji, która jednak była – zważywszy na ówczesny stan stomatologii – czymś w rodzaju samobójstwa, więc nie wiadomo, czy warto robić coś takiego po raz drugi. Z niemal każdego listu Mickiewicza, Czeczota, Pietraszkiewicza, Malewskiego można dowiedzieć się czegoś o zębach. Bolący ząb to była wówczas prawdziwa klęska i cierpienia, których z tego powodu dzisiaj doświadczamy, nie dadzą się porównać z cierpieniami ludzi XIX wieku, którzy nie słyszeli o niczym takim, jak znieczulenie. Zęby traciło się wtedy w młodości i właśnie dlatego mowa jest o tym w listach ludzi młodych. Starzejący się Mickiewicz w listach do Towiańskiego o zębach nie pisze, bo już nie ma o czym. Malewski do Mickiewicza: ,,Od tego czasu przez trzy dni cierpiałem okropnie na zęby”. Pietraszkiewicz do Mickiewicza: ,,Ja dni kilka dla bólu zęba i fluksyi (opuchłości) musiałem przesiedzieć w domu”. Czeczot do Pietraszkiewicza o Mickiewiczu: ,,Ząb zawczoraj jeden wyrwał, ale drugi na to miejsce boleć mu dziś okrutnie zaczął”. Mickiewicz do Czeczota: “Zęby mi wypsuły się; trzy znowu, nie wiem, co z nimi począć”. Hrabina Puttkamerowa do Czeczota: ,,Przez kilka nocy prawie się wariowałam z tego bólu. Posyłam dopiero po pigułki do Wilna, które mają slużyć na zęby, a jeśli i te nie pomogą, przyjadę sama dla wyrwania tego zęba; chociaż tak jest osadzony, że operacja będzie trudna”.

Może ktoś obliczy – na podstawie pięciu tomów korespondencji Filomatów – ile zębów Mickiewicz stracił w Kownie. Pewnie kilkanaście. Zęby najczęściej wyrywano, ale niekiedy – nie jest dla mnie jasne, na czym to polegało – przypiekano lub złocono. Z książki Wincentyny Zawadzkiej “Gospodyni litewska” można się dowiedzieć, co robiła hrabina Puttkamerowa, aby mieć białe i zdrowe zęby […] „Zęby rano, wieczór i po każdym jedzeniu wypłukać należy wodą, ani zbyt zimną, ani też letnią, tylko taką, jaka jest latem w rzece“. Zawadza doradzała, żeby nie używać twardych szczoteczek i nie szorować codziennie zębów jakimiś proszkami. Osad, pouczała, należy „zdjąć narzędziem umyślnie na to zrobionym albo własnym paznokciem“. Dwa razy w tygodniu dla czyszczenia zębów można użyć „proszku z brzozowego węgla“. Można też je czyścić „miękką tabaką“, a „tenże sam skutek robi proszek z przepalonego w fajce tytuniu“. Kto tego robił nie będzie, ostrzegała Zawadzka, ten będzie miał na zębach „obwódkę żółtawozielonawą“ i czeka go wizyta u dentysty. […] Najbardziej przejmujący opis ekstrakcji pochodzi z listu Mickiewicza do Czeczota i Zana z 10/22 maja 1820 roku: „Blisko tygodnia cierpiałem na ząb srodze, kilka bezsennych nocy i dni nieznośnych zmusiły mię do okropnej operacji wyrwania tego uprzykrzenia. Aż mię dreszcz przechodzi, ilekroć wspomnę na owe łamanie i skrzypienie i wleczenie dwucalowego korzenia i płynienie krwi itd.“

Jarosław Marek Rymkiewicz, Żmut